+Setka w 4 etapach |
31.08.2006 r. |
100 km - ja nie przebiegnę?
Potrzeba zrobienia czegoś niekonwencjonalnego w czasie urlopu rosła we mnie z każdym dniem, z którym ten urlop się zbliżał. Aż wreszcie wewnętrzny głos zakrzyknął EUREKA, Zamość 100 km w 4 dni, bomba! Wchodzę w to! Ja nie dam rady? Eee... Zapisali się nawet Ułan i Rosińska, pewnie dla nagród, ale jak oni się nie boją to ja mam czego się bać? Jadę, oprócz mnie z Galerii jedzie jeszcze Jang i to na dodatek swoją bryką, co rozwiązuje resztę moich wątpliwości. Na liście startowej jest jeszcze Bogdan ale ostatecznie nie spotykamy go w Zamościu.
Droga do Zamościa. Koszmar, leje, prognoza na pierwszy dzień zmagań deszcz ciągły 24 h.
Zakwaterowanie. Większość uczestników jest już na miejscu, dostajemy więc ciemny 5-cio osobowy pokój z oknem na, (UWAGA!) remontowaną halę sportową. Miny nam rzedną ale jak się potem okazuje w niczym taka lokalizacja nam nie przeszkadzała.
Etap pierwszy, Zamość - Zwierzyniec (35 km).
Na rozgrzewkę etap najdłuższy a jak się potem okaże najcięższy. Do południa lało z przerwami, było zimno i pochmurnie. Jednak przed samym startem aura odpuściła ale tylko teoretycznie, gdyż zaczęło wiać.
Start! Wózki, rolki, minuta przerwy a potem my - biegacze.
Faworyci - Ukraińcy i Ukrainki, którzy postanowili wypompować pieniążki z kolejnej imprezy w Polsce, czym zapewne dodatnio wpłynęli na rozwój biegania w naszym kraju, w końcu co jest motorem rozwoju? Konkurencja? Tylko, dlaczego któregoś razu na tym samym biegu, gdy dyrektor biegu zażartował, że będzie kontrola dopingowa, szybciutko się wycofali? Ku mojej uciesze znaleźli się jeden Polak i jedna Polka, którzy wydarli miejsca na podiach a tym samym spore nagrody pieniężne.
Wracając do walki na trasie. Pierwszą dychę napieram z Jankiem, potem przyspieszam przechodzę kilka osób, które wyraźnie przesadziły z tempem, dochodzę grupkę biegaczy i wraz z tą grupką dzielnie pokonuje trasę do jakiegoś 20 km, od którego, mimo równego tempa dyktowanego przez szefową grupy, zaczynają odpadać pojedynczy towarzysze niedoli. Jednocześnie zaczynamy przechodzić kolejnych, którzy przegrali z połączeniem wygórowanych ambicji i wmordewindu. W końcu odpada z grupy szefowa i zostaje sam. Pierwszy kryzys łapie mnie na 28 km, zaczynam się bać, że złapie mnie skurcz łydki. Staje i wpadam na genialny pomysł, od teraz biegnę poboczem. Nierówności pobocza utrudniają tylko nieznacznie bieg ale jednocześnie każą pracować łydce w kilku płaszczyznach co stanowi pewny element automasażu. Ten prosty pomysł mnie uratował. Dobiegam szczęśliwy do mety w czasie: 3:07:47 czyli w tempie na rekord życiowy w maratonie. Na mecie piwko i straszna obawa czy aby zachowałem odpowiednio dużo sił na dalsze etapy? Jang, 3:22:15
Etap drugi, Zwierzyniec - Krasnobród (20 km)
Zmagań dzień drugi. Wywożą nas autobusami do lasu koło Zwierzyńca. Rozgrzewka i w drogę. Dzisiaj zdecydowanie drugi zakres. Napieram z górnikami z Bogdanki po 4:30/km. Tak do 13 km nic się nie dzieje ale na trasie dowiaduje się że na 1,5 km przed metą jest spory podbieg. Postanawiam lekko zwolnić do około 4:45, odpuszczam górnikom, którzy także słabną bo różnica między nami nie rośnie gwałtownie. Wreszcie nadchodzi osławiony wcześniej podbieg, tutaj poczułem pierwszy raz 35 km z dnia poprzedniego. Ledwie wbiegłem. Jak to zwykle po podbiegu jest zbieg. Sam już nie wiem co jest gorsze zbiegi czy podbiegi, gdyż zbiegając do mety chyba lekko nadciągnąłem mięśnie uda w prawej nodze co już następnego dnia poczuje. Czas 1:34:29 przy rekordzie życiowym w półmaratonie 1:33:09 chyba niezły wynik, byłem zadowolony. Na mecie piwko i bardzo dobre lody domowej roboty z tamtejszej lodziarni. Wracając do Zamościa przeglądamy trasę zmagań dnia następnego. Będzie tak zwany urozmaicony teren a tym samym ciekawie. Jang, 1:52:45.
Etap trzeci, Krasnobród - Zamość (30 km)
To chyba królewski etap tego wyścigu. Kilka premii górskich różnych kategorii i 55 km w nogach powodują, że wielu na tej trasie przeżywa swoje małe i duże dramaty. Nie inaczej było i ze mną. Zacząłem po 5:05/km razem z poznaną na pierwszym etapie Kasią opisaną tu jako szefową. I tak to trwało sobie przez dwie pierwsze premie górskie do około 11 km. Potem nastąpił długi zbieg. Kasia rozpuściła swoje długie nogi a moja prawa noga odpowiedziała kontratakiem stopy, łydki i uda na raz co skończyło się tym, że zbiegałem po 5:00/km a Kasia 4:30/km. Zostałem sam. Mój kryzys trwał do 20 km. Potem wszystko puściło. Zaatakowałem i zjadłem 5-6 biegaczy napierając po 5:05/km już po równym. Wszystko szło gładko do punktu odżywczego na 25 km, gdzie postanowiłem się zatrzymać na banana i izostar. Poczułem ból prawej stopy. Ostatnie 5 km biegłem wolno >5:30/km bo bolało. Chciałem się wycofać. Dotrwałem jednak. Meta na Ryku Zamojskim warta była tego cierpienia. Na szczęście na jutro została tylko piętnastka. Najwyżej mnie podwiozą z Ułanem i Rosińską na metę, pomyślałem po biegu. Czas 2:37:26, nieźle. Jang, 2:49:26
Etap czwarty, kryterium miejskie Zamość.
Mniej więcej 5 okrążeń wokół OSiR (15 km)
Wstaje a tu stopa boli. Co zrobić? Zastosowałem śmierdziela czy maść BENGAY, pomogło złagodzić ból. Może będzie dobrze. Na wszelki wypadek postanowiłem nie szarpać, nie miałem zresztą z kim i co walczyć, moi rywale w klasyfikacji mieli bezpieczną przewagę i ja zresztą też nad tymi co mnie gonili. Przed startem poproszono mnie jednak aż dwukrotnie o pomoc. Pierwsza Kasia (szefowa) abym ją prowadził po 5:00/km bo chciała w ten sposób pokonać rywalkę i zająć 5 miejsce w generalce kobiet, no i Jang, który miał realną szansę wyprzedzić aż dwóch biegaczy. Wybrałem aby pomagać Jangowi. Prowadziłem go po 4:40/km aż do momentu (12 km, brawo Janek), kiedy wyczerpanie dystansem nie pozwoliło Jankowi dalej w tym tempie napierać. Wtedy ja (nie bolała stopa) pozwoliłem sobie włączyć motorek. Miałem pewne porachunki z górnikami z Bogdanki (z drugiego etapu). Wyprzedziłem ich i zwolniłem, Ci ambicjonalnie wyprzedzili mnie jednak i odbiegli na 50 m. Popatrzyłem na GPS 1,5 km do mety, 98,5 km w nogach. Atakuje! Ostanie 1,5 km zrobiłem w tempie 4:00/km nikt się nie podłączył, wyprzedziłem >5 biegaczy. META! Zamojski Rynek pełen ludzi, którzy w większości nie zainteresowani, skąpo oklaskiwali nas za nasz wysiłek, no cóż wielu nie docenia jeszcze dobrodziejstw biegania jako formy aktywnego wypoczynku, ich strata.
Czas 1:09:51, niezły mniej więcej na poziomie biegu w Trzemesznie. Jang, 1:12:06.
Podsumowanie.
Impreza zorganizowana na 95% perfekcyjnie, chyba najlepsza na jakiej byłem. Brakowało mi tylko izotoników i bananów na trasie. Za rok do Zamościa chyba nie pojadę. Jest to jednak zbyt duży wysiłek i obciążenie dla aparatu ruchu, co może pokrzyżować plany startowe w jesiennych imprezach.
Ostateczne wyniki w relacji Janka poniżej.
Misiek
Galeria w Zamościu
W dniach 31.08-3.09.2006 r. po raz 20 rozegrano Bieg Pokoju Pamięci Dzieci Zamojszczyzny. Zgodnie z utartym zwyczajem w ciągu 4 dni rekordowa liczba 176 uczestników pokonała dystans 100 km w 4 etapach. W czwartek biegliśmy z Zamościa do Zwierzyńca 35 km, ale nieco inną niż zwykle trasą, omijającą Szczebrzeszyn (ze względu na remont drogi). Drugi i trzeci etap rozegrano po staremu. W piątek biegliśmy ze Zwierzyńca do Krasnobrodu 20 km (były jak zwykle tańce i folkowa kapela na mecie), a w sobotę 30 km z Krasnobrodu do Zamościa (tu z kolei przypomniał o sobie uciążliwy kilkukilometrowy podbieg). Czwarty, niedzielny etap, to 15-kilometrowe kryterium uliczne po Zamościu, także zmodyfikowane nieco w stosunku do lat poprzednich (ze względu na remont ulic na starówce). Finiszowaliśmy na wspaniałym zamojskim rynku (figurującym razem z resztą starówki na Liście Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO) w samym środku Jarmarku Hetmańskiego. Po zwinięciu mety były tam m.in. pokazy walk rycerskich, dawne tańce i serwowanie staropolskich potraw.
Poza biegaczami w imprezie wzięli licznie udział jak co roku sportowcy niepełnosprawni: wózkowicze oraz niedowidzący i niewidomi biegacze. Było też kilku zawodników poruszających się na rolkach. Dodatkowo na czwartym etapie dołączyło kilkudziesięciu młodych rolkarzy. Impreza była doskonale zorganizowana, miała świetną atmosferę. Od lat co roku jest tam wielu naszych kolegów. Stosunkowo niewielu było biegaczy młodszego pokolenia, jeśli nie będziemy brali pod uwagę bardzo licznych sportowców z Ukrainy. Poza nimi był gość z Francji, był też znany nam wszystkim Danilo Ferraris (który pierwszego dnia biegu obchodził swoje 50-te urodziny), biegacze reprezentujący Polonię z Hanoweru oraz sędziwy biegacz z Hamburga o artystycznym pseudonimie RF. Zabrakło dowcipnego i sympatycznego Słowaka Dezidera, stałego bywalca poprzednich edycji. Biegacze codziennie uczestniczyli przed, a czasami także po biegu, w uroczystościach upamiętniających wojenną historię regionu.
Pobiegło też dwóch reprezentantów KB Galeria Warszawa: Misiek i Jang. Miał też pobiec Bohdan, ale jednak zrezygnował. Jang był na zamojskiej setce już po raz trzeci (wcześniej w latach 2001 i 2003), Misiek tu z powodzeniem debiutował. Do mety dotarliśmy, poznaliśmy kilku fajnych biegaczy, współlokatorów pokoju w zamojskim OSiRze: Ajaksa z Dolnego Śląska, Edka z Górnego i Piotrka z Zamościa. Misiek bardzo pomógł Jangowi wyprzedzić na ostatnim etapie dwóch rywali w kategorii wiekowej, rozprowadzając go z GPS-em na trasie kryterium ulicznego. Misiek, dzięki.
Jedna sprawa bulwersowała jednak wielu biegaczy. W imprezie wzięła udział jedna zaawansowana wiekowo biegaczka i jeden jeszcze bardziej zaawansowany wiekowo biegacz. Oboje znani są w światku biegowym jako osoby dość kontrowersyjne. Nie byli oni w stanie wyrobić się w limitach czasowych i byli dyskretnie podwożeni przez organizatorów na różnych etapach, co wzbudzało uzasadnione protesty innych uczestników biegu. Szacunek dla wieku to ważna sprawa, ale albo się bieg kończy biegnąc całą setkę, albo się z biegu wycofuje. Trzeciego wyjścia być nie powinno, a było.
Wyniki końcowe Galerników:
Misiek: czas łączny 8:29:33, 81. w klasyfikacji generalnej, 8 (na 10) w kategorii wiekowej M18-29
Jang: czas łączny 9:16:32, 96. w klasyfikacji generalnej, 14 (na 18) w kategorii wiekowej M30-39
Jang