+Maraton Wyszechradzki, Podoliniec - Rytro
05.07.2006 r.

VISEGRAD MARATON 2006, 18 czerwca

Namówili mnie koledzy: Piotrek Szrajner (Piotrek_Marysin) i Marcin Pacurkowski (Pacur). Przedstawili oni tą imprezę jako mega - wyczyn, niepowtarzalną szansę sprawdzenia się itd. Uległem...

W Rytrze stawiłem się już w Boże Ciało. Minąłem procesje i zameldowałem się w pensjonacie AGAWA prowadzonym przez maratończyka z klubu Ryter Rytr - Tomka Brzeskiego. Dokonałem szybkiego przepaku i w góry! 20 km spacer na rozgrzewkę. Trasę Rytro - Piwniczna pokonałem bodajże w 6h, potem już pociągiem z powrotem do Rytra (dobrze, że był).

Piątek, znowu góry, tym razem ponad 30 km spacerek. Piękne widoki, świeże powietrze i cisza to jest to co kocham w górskich wędrówkach. Tylko dlaczego są one takie męczące? Dlaczego mam takie zakwasy? Czy to dobrze jak w niedzielę biegam maraton? Takie pytania nurtują mnie cały piątkowy wieczór. Zaczynam się bać...
Ale z drugiej strony myślę - ja nie dam rady?

Sobota, rekonesans trasy. Jedziemy do Vyżnych Rużbachów. Zgodnie stwierdzamy, jutro nie poszalejemy. Stawiamy sobie cel - ukończyć, strzelamy typami 5,5 h może 5h a 4,5h zgodnie uznajemy za sukces. W Vyżnych Rużbachach basen i wielka ucieczka przed burzą. Po powrocie do Rytra nastroje coraz bardziej bojowe. Niestety jutro trzeba wstać przed 5:00 bo organizatorzy zapewniają transport z Rytra ale o 6:00, jejku strasznie rano.

Niedziela, dzień prawdy. Wstajemy z kolegą o 4:45. Toaleta, śniadanie i w drogę. Po przesiadkach docieramy do Podolinca. Godzina do startu, ostatnie przygotowania, smarowanie filtrami, bo jakby to powiedział komentator w tv pogoda sprzyjała maratończykom, piękne słońce już od rana rozgrzewało asfalt a temperatura +25 i bezchmurne niebo stwarzały idealne warunki do pokonywania dystansu maratońskiego.

Odprawa graniczna, przemówienia, start honorowy, kilometr biegu, 20 min przerwy i start ostry. Pierwsze 10 km biegniemy to pod górę to w dół, nie patrzymy na stopery, upajamy się widokiem na dolinę Popradu. Dalej wpadamy na długą ok. 3 km prostą w kierunku podbiegu na przełęcz Vabec, która jest gwoździem programu. Słońce strasznie praży, męczy nas niemiłosiernie. Podbieg, raz bardziej ostry, raz łagodniejszy, biegniemy ze strachem w oczach bo pierwsze kilometry zbiegu to nachylenie 9%. Przełęcz i z górki na pazurki do Polski. Pierwsze kilometry zbiegu, bardzo ostre. Moje krótkie nogi przebierają bezwiednie, staram się wydłużać krok, luzować. Jest ciężko, koledzy wyraźnie lepiej zbiegają i uciekają mi z pola widzenia. Walczę na podbiegach i zmniejszam odległość bo oni spacerują. Czuje się dobrze.

29,5 km Polska. Śpiewam Polska Biało - Czerwoni... Mijam przejście graniczne przez nikogo nie zaczepiany, bez kontroli... Zostało 12 km a chłopaki tylko jakieś 150 m w przodzie. 33 km luz aż tu nagle, tak jest to ściana tzn. pierwszy objaw, siadła psychika, mi już się nie chcę biec, chłopaki uciekli. Włączam tryb oszczędzania energii biegnę paręset metrów idę dwieście. 35 km, 36km, 37 km to już nie jest śmieszne, zaczynam się bać, że nie skończe, mijam kolesia, który odpoczywa leżąc na ławce w cieniu (mija mnie potem). Ja już nie mogę a tu kolejna góra do pokonania, o mało co nie mdleje, chyba spadł mi cukier. Jadę na oparach po 8 min na kilometr, od słupka drogowego do słupka drogowego, na przemian bieg i spacer.

39 km Rytro. Zbieram się do kupy bo za 1km finalny podbieg. Pije Powerada, oblewam się wodą i do walki. Walka polega na wejściu pod tą górkę urozmaicanym truchcikiem. 41 km przede mną ludź 200 m za mną 150 m. Czy jestem bezpieczny? 41,5 km odtąd biegnę bo słyszę jak ktoś zagrzewa po słowacku tego za mną do walki. Polska Biało - Czerwoni, nie będzie Pepik pluł mi w twarz. Boli, widzę metę jeszcze 300 m, zaczynam płakać, boli, biegnę, słyszę Marcin Miśkiewicz KB Galeria Warszawa, jestem dumny, płacze, meta, medal, znajomi, ledwo żyje, kolejka do masażu. Mam chyba niski cukier, mówię bardzo cicho, pytam o jedzenie, trzeba iść 300 m, stać w kolejce, jem, pije piwo, wracam do życia. Czas 4:27 podobno zgodnie z założeniami to sukces ale kolegom poszło lepiej, moja ambicja jest urażona. Przełykam powoli gorycz porażki, mam zły humor, jestem podły dla moich znajomych a potem jest mi głupio.



Podsumowując impreza bardzo udana, organizatorzy w debiucie wypadli dobrze. Jedyny ich błąd to złe oznaczenie kilometrów. Robili to chyba na dwie ekipy, bo km miały regularnie 800 m z hakiem i niecałe 1200 m. Ale cóż nie może być debiut bez wpadek. Polecam wszystkim głodnym biegowych wyzwań, ja jednak na razie tam nie wrócę ponieważ jestem jeszcze za słaby, szkoda mojej psychiki. Następny maraton - Warszawa, atak na 3:30. Dziś zaczynam przygotowania, ambitne przygotowania.

wyniki tutaj

Misiek