+Półmaraton w Łodzi |
13.05.2007 r. |
Z cyklu mój pierwszy raz :) B&B
Lekki stres debiutanta, czyli mBank półmaraton, Łódź - 13 maja 2007
Do startu w łódzkim półmaratonie namówił mnie kolega. Najpierw potraktowałam jego namowy z dużym dystansem, bo ledwie przebiegałam dyszkę w blisko godzinę i umierałam tuż za metą. Ale potem policzyłam - do Łodzi zostało jeszcze 8 tygodni, tydzień wcześniej mam biec w Berlinie na 10 km i chciałam trochę poprawić czas, zatem i tak trenować muszę, to może... Może spróbuję.
Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Zarejestrowałam się, ułożyłam skomplikowany plan treningowy, potem pierwszy raz pojechałam na Łosiowe Błota, gdzie poznałam trzon KB Galeria
ale to na zupełnie inną opowieść. W każdym razie, żeby nie iść zupełnie na żywioł, w końcu kwietnia spróbowałam się z dwiema łosiowymi pętelkami i przy pomocy Szarej i Nuki oraz wsparciu innych łosiujących dałam radę przebiec 20 km.
Pojechałam zatem do Łodzi. Wbrew wszelkim zaleceniom mądrych ludzi, zamiast grzecznie się wyspać przed biegiem, poszłam zwiedzać nocną Piotrkowską... Przed biegiem obudziłam się po trzech godzinach snu. Prysznic, taksówka, aaa, śniadanie, ale tylko bułka zamiast mojej ukochanej startowej owsianki... i na miejsce. Rejestracja poszła w miarę sprawnie, przebieranie też mimo że w open space, bo nie chciało mi się chować do wc.
Jadąc do Łodzi, nastawiałam się na jakieś 2:07 - 2:15, tym bardziej że berlińska dyszka poszła mi kiepsko. Zależało mi co prawda, żeby było w granicach 2:10, ale w promieniach słońca zweryfikowałam i strój, i założenia. Mimo to ustawiłam się grzecznie za pacemakerem na 4 godziny w pełnym maratonie i postanowiłam trzymać się tabliczki. Okazało się to nie takie łatwe. Na piątym kilometrze, kiedy stwierdziłam, że muszę się napić, tabliczka definitywnie mi uciekła. Postanowiłam jej nie gonić. Właściwie to już miałam dość, a to dopiero ćwierć trasy. Z lekkim przerażaniem myślałam o 7-8 kilometrze, kiedy zazwyczaj, w każdym biegu, zaczynam iść. Rozejrzałam się wokół siebie i wpasowałam się między dwóch mijających mnie biegaczy. Jeden biegł bardzo równo, miarowo i ... na tyle powoli, że mogłam nadążyć. Zaczęłam biec obok niego. Nie za szybko, ale równo. Przebiegłam i siódmy, i ósmy kilometr. Na dziewiątym znowu picie i
jako debiutantka odkryłam gąbki i do czego służą. Bardzo mądry wynalazek ;-)
Półmetek przebiegliśmy razem z Tomkiem (bo tak miał na imię mój współbiegacz, ale to ustaliłam dopiero za metą) po jakichś 58 minutach. Nie było źle. Tym bardziej, że dalej biegłam. Na 13. kilometrze znowu woda i izotonik. Już wiem, że trzeba się zatrzymać, picie w biegu to gwarantowana kolka. Mój współbiegacz się zatrzymuje przy jedzeniu, ja nie, boję się przystanąć. Wyprzedziłam go trochę, ale za kilka minut znowu biegniemy razem równo. Na 15 kilometrze ja z kolei pochłaniam banana, ale dość szybko, dobiegam. Na siedemnastym bodaj kilometrze, tuż przed agrafką, jest mały podbieg. Nogi nie chcą ze mną współpracować. Robię trzy kroki marszowe. Bez sensu, jak teraz zacznę iść, to już nie pobiegnę dalej. Znowu biegnę. W tym czasie kolega wyprzedził mnie o kilkadziesiąt metrów. Próbuję go dobiec, ale przyspieszenie graniczy z cudem. I tak dziwne, że jeszcze przebieram nogami, każdy metr to właściwie moja życiówka. Kolega się ogląda i zwalnia, dobiegam do niego. Dalej biegniemy razem.
Dwa kilometry przed metą patrzymy na zegarki. To co? Uda się złamać dwie godziny? Trzeba tylko troszkę przycisnąć. Ba, łatwo powiedzieć. Ja już nie mam z czego przycisnąć. Ale jeszcze próbuję. Tomek jest trochę przede mną, ale na ostatnią prostą wpadamy razem. Już widać metę. Już niedaleko, jeszcze mogę pobiec ładniej, jakby ktoś przypadkiem robił zdjęcia :)
Ostatni krok robię o ułamek sekundy wcześniej od kolegi. Euforia. Zrobiłam to! PRZEBIEGŁAM PÓLMARATON. P-R-Z-E-B-I-E-G-L-A-M-P-O-L-M-A-R-A-T-O-N !!!!
I to w niezłym czasie 2:01:49. Poniżej założeń. Ale dwóch godzin nie udało się złamać. A tak było blisko.
Jeszcze medal, masaż - za metą w namiocie dzielni masażyści pracują przy kilkudziesięciu łóżkach- dyplom i
szybkie przebranie, buty na obcasie i spacerek na Piotrkowską. Mam co świętować! I mam życiówkę do poprawienia :).
Podczepiłam się za to do bardzo miłego biegacza, który biegł sobie równiutko i na tyle spokojnie, że mogłam mu dotrzymac kroku. Dzięki temu przetrwałam moj kryzysowy 7-8 kilometr. I potem już bieglismy razem, kolega był na tyle miły że nawet raz czy dwa na mnie poczekał jak mi uciekł za daleko. Na dwa kilometry przed metą istniala pewna szansa, że i dwójkę złamiemy, ale niestety, nie dało rady. I mieliśmy ładne czasy - ja 2:01:49, kolega - 2:01:50.
B&B