+29. Flora Maraton Warszawski |
23.09.2007 r. |
Spostrzegawczość, ściana i inne atrakcje, czyli jak zostałam maratończykiem
29. Flora Maraton Warszawski zaczął się od
testu na spostrzegawczość. Bo organizatorzy nigdzie nie napisali, że szatnie i depozyt są w pewnym oddaleniu od Biura Zawodów, za to blisko linii startu. Więc najpierw Bonifraterską pognałam (umiarkowanie szybkim marszem) w kierunku biura zawodów. Po jakichś 500 metrach skonstatowałam, że ludzie z żółtymi torbami idą ewidentnie w przeciwną stronę niż ja. Ludzie, którzy szli za mną, zniknęli z horyzontu. Ergo, skręcili. Innej możliwości nie ma. Zawracam zatem. I słusznie. 500 m wstecz, 100 w bok i już widzę rosnący i gęstniejący tłumek. Zaparkowałam torbę na chodniku i stoję. Szatni nie ma, depozytu takoż. Są za to dziewczynki obsmyczone w smycze organizatora. Pytam o depozyt. Będzie. Przyjedzie. Zaraz. Znaczy, już powinien być, ale nie ma. Szatnia się rozstawia.
Ściągam dżinsy, zostaję w spodenkach, zawiązuję buty. Przychodzi Wojtek. Depozytu dalej nie ma, ale dziewczynki i chłopcy w smyczach zbierają torby, zostawiam więc swoją u nich, zresztą ciężarówki już podjeżdżają.
Za chwilę pojawia się Miodzio, potem - Jang, Ania emce przychodzi nas podopingować przedstartowo. Jest i Tomir, i Bogdan. Mnogo Galerii, ale w końcu warszawski bieg, jesteśmy u siebie. Coś na kształt rozgrzewki, ostatnie poprawki w stroju wyglądzie i samopoczuciu. O, baloniki lecą do góry. Chyba startujemy. Na pewno startujemy. Odpalam stoper. Wolniutko, wolniutko, w tłumie przetaczamy się z Miodziem przez linię startu. No to 42 kilometry 195 metrów przed nami. 4 godziny. Taki mam plan.
Ruszyliśmy wolno. Zaraz za startem joycat z aparatem. Na dobry początek. Powoli dołączają do nas osoby, które deklarowały bieg na 4 godziny na forum. Jeszcze na Miodowej mija nas zając, a raczej zajęczyca na 5 godzin. Szybko nas mija. GPS nie działa, zatem jesteśmy zdani na oznaczenia organizatorów. Ktoś z czwórkowiczów konstatuje że biegniemy w tempie 6 min/km. Wolno, za wolno. Chciałam biec 5:30. Lekko przyspieszam, Miodzio też. W końcu obiecał mi towarzystwo na całej trasie. Plac Teatralny. Pierwsza woda. Omijam, jeszcze nie mam potrzeby picia. Na Królewskiej mijamy Janga i Pierwszego. Na Marszałkowskiej dobiega do nas Bartek. Oczy robią mi się okrągłe jak spodki (jak u tego psa z Andersena) ze zdziwienia. Bartek? Biegnie? Ano, tak. Jak mówi, decyzję podjął w sobotę wieczorem. Wariat :) Ale w końcu wszyscy jesteśmy trochę wariatami.
Plac Konstytucji, zbiegamy w Piękną, Mokotowską, Koszykową, przy Pl. Na Rozdrożu znowu woda, tym razem już sięgam po kubek, wypijam dwa łyki. To dopiero 5 kilometr. Aleja Szucha. Bagateli. Nawrót przy Łazienkach. Aleje Ujazdowskie. Znowu Pl. Na Rozdrożu. Znowu woda. Miodzio zwalnia, za chwilę podbiega do mnie z mokrą gąbką. Doradza, żebym zostawiła sobie, bo te są jeszcze czyste, potem mogą być brudne, z odzysku. Dalej już prosto, Plac Trzech Krzyży, Nowy Świat, na rogu Nowego Światu Słonik, Świętokrzyska, Mazowiecka, znowu Pl. Teatralny. 10 kilometrów. Bramka. Półtorej minuty zapasu. Super. Biegnie mi się coraz lepiej. Znowu woda. Tym razem też powerade. Senatorska. Zaczyna się bruk - i tak przez całą Starówkę. Plac Zamkowy - zdjęcia, Rynek - Doris z aparatem, Nowe Miasto. Znowu woda. Gąbki. Agrafka przez linię startu pod gmachy sądu, zawracamy. Doganiamy Mel. Wymieniamy uprzejmości :) i inne spostrzeżenia. Biegniemy dalej. Na 14. kilometrze z daleka słychać dzieciaki z punktu odżywek własnych.
Z daleka widzimy plecy and. Ależ ona zasuwa, jesteśmy cały czas za nią. Most Gdański. Biegniemy jednym pasem, w drugą stronę odbywa się normalny ruch. Zero policji, zero zabezpieczenia, samochody lekko tylko zwalniają. Niebezpiecznie. Nad nami helikopter - pewnie TVN ze swoją lotną załogą.
I już Praga. Biegniemy. Znowu woda. Banany - mimo że w regulaminie nie było. Doganiamy and, która biegnie bardzo równo. My na fali wznoszącej. Biegniemy do mostu. Świętokrzyski - tu bezpieczniej, bo jest pas rozdzielający. Wylatujemy przy Zajęczej, do BUW-u. Woda, powerade, czekolada. Zbiegamy do tunelu. Z góry joycat robi zdjęcia.
21. kilometr. Tunel. W tunelu jest nieco chłodniej, słońce nie pali. Ale jest duszno. I jednak ponuro. Niektórzy próbują własnych sił wokalnych, ale tak średnio to wypada. Wypadamy z tunelu. Za kilkaset metrów bramka. Półmetek. Mamy 4 minuty zapasu.
Czerniakowska. Zwalniam, Miodzio zgodnie ze swoją deklaracją - też. Na 23 kilometrze mija nas jang. Uprzedza, że 100 m z tyłu biegnie grupa na 4:00 i zaraz nas wyprzedzą. Faktycznie, biegnie grupa i wyprzedzają. Mija nas i biegnąca równiutko and. Na rowerze pojawia się Virus. Robi zdjęcia z lotu roweru. Na 25km biorę znowu kawałek banana, ale wypluwam. Na 27. przechodzę na chwilę do marszu. Znowu mnie wyprzedzają. Znowu podrywam się do biegu. Miodzio cierpliwie znosi moje zwolnienie. Mijamy się z mirszymem z Gimnazjonu - to on mnie wyprzedza, to ja jego. Tuż przed 30. kilometrem wyprzedza nas Bartek. Trzydziestka. Nowe siły? Przebiegam. Patrzę na zegarek. Obsuw wobec planu wynosi jakieś 8 minut. Nie jest źle. Tylko sił coraz mniej. Ale humorek dopisuje. Znowu marsz. Wpadamy w taki ciąg - bieg, truchcik, marsz, znowu bieg. Jak przechodzę do marszu, Miodzio biegnie tyłem do kierunku biegu, przodem do mnie.
32 kilometr. - Jeszcze tylko pętelka kabacka przed nami - podnosi mnie na duchu Miodzio. Skręcamy w Witosa. Truchcik - marsz. Wyprzedzamy, za chwilę nas wyprzedzają. Znowu Czerniakowska. Czemu ta ulica jest taka długa. 34 km. Odżywki własne. Ania - żona Janga - nas dopinguje, machamy do niej. Zakręt w Chełmską. Kibice. Zakręt - i Czerska, dalej przez Gagarina, uliczkami, których nazw nie pamiętam. Powrót na Czerniakowską. I za chwilę będzie zakręt w Szwoleżerów. Znowu zwalniam. 36 km za nami. Dołączają MzM z Dominiką na rowerach. Dominika mnie dopinguje i zmusza do biegu. Wyciągam resztki siły. Myśliwiecka. Picie. No to piję. Znowu podbiegam kawałek, kawałek idę. Miodzio cały czas obok. Gdzieś przy Rozbrat mija nas Mel. 40-ty kilometr - ostatni punkt z piciem. Do końca jeszcze tylko dwa z haczykiem. Piję. Truchtam. Idę. Ostatnia prosta. Truchtam. Na horyzoncie pojawia się meta. Obłędnie daleko, ale ją widzę. Znowu biegniemy. Jeszcze kogoś mijamy. Wpadamy z Miodziem na metę. Medal, uściski, folie do owinięcia, jakiś pakiet regeneracyjny. Za metą Galernicy - Rumi, Tomir, gdzieś mignął Par AVion, który się jednak izoluje - już skończyli, MzM (z niegalerianką Dominiką) i AnKa - tym razem w roli kibiców. Dostaję butelkę Beauty Mineral z kokardką (od AnKi), lizaka od Dominiki. Nosi mnie. Ale zaraz. W głowie mi się kręci. Wyłączam fonię, pochylam się. Minutka i wszystko wraca do normy. Miodzio zanika w poszukiwaniu chłopców z ferajny, czyli kolegów z jednostki.

Idę w kierunku namiotu z masażami. Dużo łóżek, sporo masażystów, ale jeszcze więcej ludzi. Kolejki. Nienawidzę kolejek. Ale staję dzielnie. W kolejce spotykam Janga, wymieniamy wrażenia. Już tylko jedna osoba przede mną, ale masażystki stwierdzają, że teraz to one mają przerwę. Odstałam chyba z 20 minut. Chrzanię. Nie chce mi się stać dalej. Wracam do linii mety, do mojego towarzystwa.
Tymczasem na scenie trwa dekoracja. Wcale jej nie słychać, ale trwa. Wywołują Mel - wygrała klasyfikację kobiet bankowców. Mel się masuje, nagrodę odbiera jej córa Maszka. otem klasyfikacja dziennikarzy. W sumie tylko Szkieleta kojarzę, ale biję brawo, bo się chłopakom należy. O, jest oddzielna klasyfikacja kobiet. Wywołują - mnie... Jestem druga. Czyli dwie nas startowało, ale to się nie liczy. Ruszam w kierunku sceny. Boso, bo w kolejce do masażu zdjęłam buty. Wręczają mi statuetkę. W głośnikach We are the champions. Rok temu nikt by w to nie uwierzył. Ze mną włącznie. Maraton. PRZEBIEGŁAM.
W międzyczasie dobiegł Prezes. Za chwilę dobijają Dżastin z Gazelką - trafiły na samą końcówkę. Ale Dżastin zbiera się prawie tak szybko jak się pojawiła. Gazelka zostaje z nami. No to jeszcze posiłek regeneracyjny. Zupka pomidorowa z ryżem. Ale może to i lepiej, czegoś bardziej stałego mogłabym nie przełknąć. Prezes stawia mi maratońskie piwo. Stoimy (sic!) przy stoliku, ładnych kilkadziesiąt minut.
A cała Galeria na MW wypadła tak (czasy netto):
ParAvion - 3:09:43
Tomir - 3:28:56
Rumi - 3:38:30
Jang - 3:54:41
And - 4:01:16
Miodzio (w barwach WP, ale w stroju organizacyjnym Galerii) - 4:16:03
B&B - 4:16:03
Pierwszygal - 5:14:49
Bohdan - 5:49:40
B&B