Mój pierwszy maraton…. Warszawa 2004

 

Pomysł narodził się w sobotę, dzień przed… Wyjątkowo nie byłem wyznaczony do prowadzenia meczu piłkarskiego w niedzielę, zatem mając do wyboru TV lub szanse spełnienia moich marzeń, nie zastanawiałem się długo. Szybkie spojrzenie w regulamin… uff zapisują przed biegiem – nie ma odwołania. Ale czym się martwić, co ja nie przebiegnę? W końcu raz mi się zdarzyło przebiec jakieś 20 km dla przyjemności, więc dam radę te 40 z hakiem.

Niedziela. Słonecznie, ok. 20 stopni, sucho. Zapisuje się, przebieram w buty typu adidas za 100 zł z marketu (bez amortyzacji), spodenki sędziowskie i koszulkę. Przypinam numer 1060 i zakładam chip pomiaru czasu na kostkę (jakże mnie zdziwiło jak się dowiedziałem do czego to służy). Na prędce kupuje plastry i zaklejam sutki (bo „Korzeń” na Olimpiadzie tak zrobił i pomyślałem, że pewnie nie zrobił tego dla ozdoby). Krótka rozgrzewka, „We are the Champions”, strzał i w drogę.

 

·            3 km, pierwsze założenia taktyczne, każdy kilometr po 5:40 i mam 3h 59 min na mecie. Będzie rewelacja jak na debiut.

·            5 km mijam strażaka w pełnym umundurowaniu bojowym w kasku, opinaczach i z butlami tlenowymi na plecach (brawo!).

·            8 km już mi się podoba, chyba będę biegał częściej te maratony. Mijam gościa w sandałach. No nie kolo przegiął, śmieje się jeszcze z tego ze 2 km.

·            10 km kurka ale fajnie Most Świętokrzyski a ja biegnę środkiem. Zaczynają mnie boleć ramiona, opuszczam je bezwładnie i zaczynam potrząsać w celu rozluźnienia, pomaga.

·            14 km „łapie kontakt wzrokowy” z czołówką, która jest już na 23 km i wbiega na Wisłostradę w stronę Wilanowa, bez dwóch zdań po prostu pędzą.

·            16 km  podbieg, zwalniam i zatrzymuje się na POWERADE’A i pomarańcza, mniam mniam soczysty, polewam się wodą i zadaje sobie głupie pytanie, dlaczego nie mam czapki? Zaczyna grzać.

·            21,1 km połówka Plac Zamkowy. Dopinguje mnie Przemek Babiarz „Dalej 1060. Brawo!” Czuje się jak gwiazda. Ludzie klaszczą jest miło, przyspieszam bo czas 2:06 nie wróży na zrealizowanie planu.

·            24 km Torwar co jest? Czuje jakbym biegł ostro pod górę. Ale tu nie ma podbiegu! Bolą mnie stopy. Robie krótką przechadzkę, zaczynają mnie mijać grupki biegaczy;

·            27 km uff ale „patelnia” polewam się wodą. Już nie biegnę w sposób ciągły, taktyka się zmieniła, przeplatam marszem. Stopy, ramiona i brzuch bolą niemiłosiernie, na szczęście uda i łydki w porządku.

·            30 km mija mnie kolo w sandałach, już się z niego nie śmieje…

·            33 km Wilanów. Teraz tylko z powrotem na Agrykole, mniej niż dycha do końca. Już mi się nie chce biegać, gdzie ten punkt żywieniowy? Ja chce POWERADE’A bo inaczej nie biegnę…

·            35 km mijają mnie zawodnicy biegnący półmaraton. Szybcy są.

·            36 km obrażam się sam na siebie, że biegnę/idę ten maraton. Po co to robię?

·            37 km Most Siekierkowski. Już blisko, przypominam sobie pierwsze 5 km, szybko uciekły. Zaraz koniec.

·            38 km mijają mnie Basia Szlachetka i jej przyjaciel Christian Hottas. Biegną równo z gracją, rozmawiają po niemiecku. Znam niemiecki ale ze zmęczenia nie rozumiem. Postanawiam się ich trzymać. Są szybcy.

·            39 km przypominam sobie o chorobie Basi. Porównuje się z nią i stwierdzam, że jestem bardzo słaby bo nie mogę dorównać „starszej, chorej pani”. Walczę ze sobą by nie przejść w marsz, muszę być na mecie równo z nimi.

·            41 km skręcamy na Agrykole, ledwo zipie. Czuć metę, nie ma tabliczki 42 km , ludzie finiszują, ja nie mogę, „pilnuje” Basi. Słychać spikera i klaszczącą grupkę ludzi. Kolejny zakręt i co widzę META.

·            42 km cierpliwi harcerze po trzykroć tłumaczą mi: „Lewy pas maraton. Prawy pas półmaraton.” Odbijam w lewo.

·            META 4:39:34 na zegarze. Ktoś schyla się, odpina mi chip. Inny ktoś zakłada mi medal a ładna dziewczyna daje mi POWERADE’A i jabłko. Jestem skrajnie wyczerpany, zaczynam pić, siadam w cieniu, obserwuje jak inni korzystają z masażu, ktoś mi mówi idź na ciepły posiłek bo źle wyglądasz. Odnajduje stanowisko gdzie dają spaghetti. Biorę, wracam w cień i zjadam, odżywam. Odnajduje ciężarówkę z ciuchami, już prawie pusta, nikogo nie ma, resztką sił wdrapuje się na nią i odnajduje swój worek. Biorę telefon dzwonie, przekazuje komu trzeba, że żyje. Idę pod prysznic. Na korytarzu spotykam jakiegoś starszego Niemca, pomagam mu, rozmawiamy chwilę. Opowiada mi o sobie, że od kiedy jest na emeryturze to biega maratony, zaliczył już ponad sto a następny ma za dwa tygodnie, bo tak co tydzień to on już nie ma ostatnio siły. Otwieram szeroko oczy i życzę mu zdrowia. Kąpie się, przebieram. Zaczynam czuć dumę. Jestem maratończykiem i to bez przygotowania.

 

Do dziś jak oglądam „mój pierwszy medal”, wracam myślami do chwili jak to spontanicznie czytaj „bezmyślnie”, bez szacunku dla dystansu, postanowiłem wystartować w maratonie. Łezka się w oku kręci, już nigdy nie będzie tak spontanicznie, już nigdy się nie obrażę na samego siebie, że biegnę maraton, już nigdy nie wyprzedzi mnie Basia…

 

Po moim pierwszym maratonie rzuciłem bieganie na 9 miesięcy a potem zacząłem przygotowania do następnego. Jedno jest prawie pewne, teraz już nie porzucę biegania dobrowolnie.

 

Podsumowując, każdy zdrowy „osobnik” da radę maratonowi, przestrzegam tylko niech się przygotuje, bo inaczej się będzie musiał na siebie obrazić, a nie odzywać się do siebie jest ciężko.

 

Pozdrawiam

Marcin Miśkiewicz

KB Galeria Warszawa

www.kbgaleria.blo.pl

powrót na stronę główną