Mój pierwszy maraton…. Warszawa 2004
Pomysł narodził
się w sobotę, dzień przed… Wyjątkowo nie byłem
wyznaczony do prowadzenia meczu piłkarskiego w niedzielę, zatem
mając do wyboru TV lub szanse spełnienia moich marzeń, nie zastanawiałem
się długo. Szybkie spojrzenie w regulamin… uff zapisują
przed biegiem – nie ma odwołania. Ale czym się martwić, co
ja nie przebiegnę? W końcu raz mi się zdarzyło
przebiec jakieś
Niedziela. Słonecznie, ok. 20 stopni, sucho. Zapisuje się, przebieram w buty typu adidas za 100 zł z marketu (bez amortyzacji), spodenki sędziowskie i koszulkę. Przypinam numer 1060 i zakładam chip pomiaru czasu na kostkę (jakże mnie zdziwiło jak się dowiedziałem do czego to służy). Na prędce kupuje plastry i zaklejam sutki (bo „Korzeń” na Olimpiadzie tak zrobił i pomyślałem, że pewnie nie zrobił tego dla ozdoby). Krótka rozgrzewka, „We are the Champions”, strzał i w drogę.
·
·
·
·
·
·
·
·
·
·
·
·
·
·
·
·
·
·
· META 4:39:34 na zegarze. Ktoś schyla się, odpina mi chip. Inny ktoś zakłada mi medal a ładna dziewczyna daje mi POWERADE’A i jabłko. Jestem skrajnie wyczerpany, zaczynam pić, siadam w cieniu, obserwuje jak inni korzystają z masażu, ktoś mi mówi idź na ciepły posiłek bo źle wyglądasz. Odnajduje stanowisko gdzie dają spaghetti. Biorę, wracam w cień i zjadam, odżywam. Odnajduje ciężarówkę z ciuchami, już prawie pusta, nikogo nie ma, resztką sił wdrapuje się na nią i odnajduje swój worek. Biorę telefon dzwonie, przekazuje komu trzeba, że żyje. Idę pod prysznic. Na korytarzu spotykam jakiegoś starszego Niemca, pomagam mu, rozmawiamy chwilę. Opowiada mi o sobie, że od kiedy jest na emeryturze to biega maratony, zaliczył już ponad sto a następny ma za dwa tygodnie, bo tak co tydzień to on już nie ma ostatnio siły. Otwieram szeroko oczy i życzę mu zdrowia. Kąpie się, przebieram. Zaczynam czuć dumę. Jestem maratończykiem i to bez przygotowania.
Do dziś jak oglądam „mój pierwszy medal”, wracam myślami do chwili jak to spontanicznie czytaj „bezmyślnie”, bez szacunku dla dystansu, postanowiłem wystartować w maratonie. Łezka się w oku kręci, już nigdy nie będzie tak spontanicznie, już nigdy się nie obrażę na samego siebie, że biegnę maraton, już nigdy nie wyprzedzi mnie Basia…
Po moim pierwszym maratonie rzuciłem bieganie na 9 miesięcy a potem zacząłem przygotowania do następnego. Jedno jest prawie pewne, teraz już nie porzucę biegania dobrowolnie.
Podsumowując, każdy zdrowy „osobnik” da radę maratonowi, przestrzegam tylko niech się przygotuje, bo inaczej się będzie musiał na siebie obrazić, a nie odzywać się do siebie jest ciężko.
Pozdrawiam
Marcin Miśkiewicz
KB Galeria Warszawa
www.kbgaleria.blo.pl