+XXV Maraton Toruński |
20.05.2007 r. |
Relacja Miodzia z XXV Jubileuszowego Maratonu Toruńskiego
20 maja 2007r.
Mój:
- pierwszy maraton w tym roku,
- pierwszy maraton w Toruniu,
- pierwszy maraton w barwach Galerii,
i na pewno nie mój ostatni:
- w tym roku,
- w Toruniu,
- nie ostatni w barwach Galerii.
W okresie przygotowawczym do tego maratonu nie zauważyłem specjalnych poczynań z mojej strony, aby miał mi on przynieść jakieś szczególne osiągnięcia. Czułem się dobrze przygotowany, robiłem tygodniowo od 45 do 60 km w tym dużo ćwiczeń szybkościowych i siłowych. Nastawiałem się na zrobienie życiówki, zrobiłem życiówkę.
A z jakim skutkiem? O tym później.
A było to tak.
Już pierwsze godziny 20 maja 2007 były zabarwione lekkim stresem, bo biologiczny zegar obudził mnie ok. godz. 1.30 i nakazał mi czuwać (spoglądać co 15 min. na zegarek stojący na komodzie przy łóżku)
do godz. 3.30, kiedy to miałem poderwać się do startu w celu wczesno-rannego podjęcia mą furmanką pozostałej części galeryjno-maratońskiej załogi.
I tak zgodnie z planem, kompletna już załoga w składzie: Gosia, Ania Emce, PierwszyGal, Anka, Miodzio ok. godz. 4.40 ruchem jednostajnie przyspieszonym, krzywoliniowym ruszyła w stronę królestwa Ojca Dyrektora.

Metę podróży na czterech kółkach osiągnęliśmy ok. 7.30 zmieniając blaszaną karoserię i ogumienie czerwonego bolidu na galeryjne kreacje i obuwie biegowe. Podróż "do" okazała się dość przyjemna, lecz nie tak wesoła jak "z". Była bowiem jeszcze wczesna godzina, przyjemny chłodek, puste drogi, lekki stresik przed startem nie rozwiązywał zbytnio ust. Wygospodarowaliśmy nawet dość długą chwilkę na przerwę w celu uzupełnienia płynów, produktów energetycznych w organizmach, a także wydalenia nadmiaru płynów
z organizmów.
Błyskawiczna rejestracja, sprawna transformacja w stroje maratońskie, jeszcze szybszy lifting ciała, pozwoliły nam stanąć na starcie XXV MT gdzieś około 8.30. Był więc jeszcze czas na sportowe pozdrowienia, pozowanie do zdjęć, wymianę opinii na tematy związane z maratońskimi przygotowaniami.
Na miejscach startowych byliśmy już ok. 8.45, kiedy to właśnie ruszyli rolkarze. Kilka słów rozmowy
z przedstawicielami Maratończyka.pl, kilka szybkich spojrzeń w Wasylowy obiektyw i o 9.00 ruszyliśmy
w pogoń za kolejnym maratońskim doznaniem. Już wtedy wiedzieliśmy i zgodnie przytakiwaliśmy sobie nawzajem, że nie będzie o łatwy maraton.
Pierwsze 10 km, całkiem przyjemnie. Słońce jeszcze z boczku, dużo zacienionych miejsc, ciekawe nowe otoczenie, entuzjastycznie nastawieni przechodnie i kibice. Wychodziło jakieś 4:45/km.
Kolejne 5 km nie różniło się zasadniczo, tylko jakoś wszystko opustoszało dookoła.
Po 15 km słońce rozpoczynało już na dobre swój koncert solowy. Skończyły się regularne aleje drzew
i padające zaraz obok cienie wzdłuż trasy maratonu. Ukojenia trzeba było szukać w miłych bardzo gestach pojedynczych kibiców, kubeczkach z napojami oraz niesamowitej pomysłowości toruńskich strażaków. Regularnie co 5 km, kochane strażaki urządzały biegaczom prysznic ze służbowych sikawek. Swoją kreatywnością, którą się wykazali, na kolejnych odcinkach po prostu ratowali ludziom życie.
Na półmetku, widząc zegar nad głową już wiedziałem, że planu nie zrobię 1:45:19, a chwilę
za półmetkiem zacząłem konkretniej odbierać solowe kawałki pięknego, czystego i niczym nie przyćmionego toruńskiego słoneczka.
30-ty km zmusił mą, jeszcze niedojrzałą, maratońska psychikę do refleksji nad dalszą strategią,
która zaplanowana przeze mnie ówcześnie legła w gruzach.
35-ty km to już modlitwa do Ojca Dyrektora, aby dał mi siły na dobieg do tej przepięknej toruńskiej starówki i pozwolił mi na zakup przepysznych, jak się później okazało, pierników, bez których z tej podróży miałem do domu nie wracać.
Zaczynały się kilkusetmetrowe marsze przeplatane lekkimi ćwiczeniami rozciągającymi, bo skurcze zaczynały dawać sygnały ostrzegawcze. Pogoda była dla mnie rzeźnicza, asfalt palił podeszwy. Jak się później okazało było w powietrzu ok.30°C, na asfalcie pewnie z 10 stopni więcej.
39-ty km zaczął przynosić ukojenie, bo entuzjastyczne nastawienie toruńskiej społeczności pozwalało na chwilę zapomnieć o zmęczeniu. Minąłem nawet polewaczkę, która skrupulatnie zrosiła całą asfaltową nawierzchnię trasy na ostatnich kilometrach biegu.
Ostatnia część dystansu to była już sama przyjemność.
Starówka wrzała od entuzjazmu Toruniaków, Wasyl szalał na scenie za metą
i nawoływał tłumy wspaniałych kibiców do gorących owacji. Grała muzyka, śpiew docierał do każdego zakątka toruńskiej starówki, na niemalże każdym rogu strzelały klatki w obiektywach aparatów fotoreporterów.
No i do mety to już była tylko chwila. Niedaleko od niebieskiej bramy czeka już Gosia
(bo w pięknym stylu zrobiła toruńska połóweczkę i zdążyła jeszcze nas powitać na mecie ), w radosnym tłumie kibiców. Finisz.
03:56:35 - życiówka, ale plan był o ponad 20 minut wstecz. Ale rozczarowania nie było.
Chwilę później przybiega roześmiana i szczęśliwa Ania Emce. Składamy sobie gratulacje.
Jest wspaniale.
PierwszyGal i Anka wbiegając na ostatnią prostą wykonują efektowny lot jak para bojowych myśliwców wojskowych. Ich radość i entuzjazm rozbawia wszystkich stojących dookoła obserwatorów. 
Więc jesteśmy w komplecie, szczęśliwi i spełnieni.
Dobra organizacja, wspaniali spontaniczni ludzie, radosna atmosfera radosne i pogodne nastroje,
które towarzyszyły nam jeszcze długo, długo po biegu, to najcenniejsze skarby naszej galeryjnej, majowej, toruńskiej wyprawy.
Za to, Wam wszystkim, serdecznie DZIĘKUJĘ.
MIODZIO
P.S. Powrót do domu był równie emocjonujący. Ale o tym może ktoś inny.