+Kierat 2008 |
16.05.2008 r. |
100 km w Beskidzie Wyspowym
Piękna trasa, ogrom wyzwania, zmęczenie, ból, kryzysy, chęć pokonania magicznego dystansu 100 km marszem lub nawet biegiem czy warto tak spędzić wolny czas?
Na pewno tak! Kierat daje tą możliwość. Skorzystałem już rok temu podczas IV edycji, jednak moja psycha przegrała z burzą na 61 km u podnóża Łopienia. Żałowałem długo, groziłem: w 2008 rozprawie się z Tobą Beskidzie Wyspowy.
Wraz ze zbliżaniem się dnia startu kipiałem od motywacji, a gdy poproszono mnie bym relacjonował dla PK4, motywacja, koncentracja sięgnęły zenitu z jednoczesną obawą, że już nie da się wycofać.
Zacząłem biegiem w czołówce, znam ich prawie wszystkich, w końcu to moja już 5 próba na 100 km. Doborowe towarzystwo, trzeba kiedyś do nich dołączyć pomyślałem. Zamiast tak beztrosko myśleć i biegać obok tych, wśród których na razie nie moje miejsce, trzeba było patrzeć na mapę. No bo przecież przyjechałem "po naukę" a jak się okazuje najlepsi wtopili owczym pędem 1,5 km w drodze na PK1. Te karne 1,5 km nie miało na razie znaczenia, w ramach wynagrodzenia mogłem upoić się widokiem na Mogielnice i Modyń w wieczornym słońcu.
Pierwsze 2PK okazują się trudne, układ ścieżek i dróg w tym regionie dynamicznie się zmienia i nie zgadza się z mapą co powoduje, że przez jakiś czas nie wiem gdzie jestem dokładnie, cóż mi zostaje trzymam kierunek SW i trafiam na Przełęcz Słopnicką, czyli dokładnie gdzie chciałem. Dalsza droga na PK2 w dolinie potoku Szczawa jest już banalna ale zaczyna padać deszcz, duży deszcz, ciepły deszcz w końcu wiosna. Zakładam pelerynę, w międzyczasie zapada ciemność, której nie lubię bo utrudnia nawigacje (zasłania rzeźbę terenu :).
Na PK3 w zajeździe Głębieniec kominek i słuszna pora aby się przespać, deszcz wciąż pada.
Jak się okazuje, niektórzy tu kończą Kierat. Dziwi mnie to, ale przygotowanie psychofizycznie piechurów jest dziś najwyraźniej różne a ten deszcz nie pomaga...
Dalej koncentruje się na PK4 "Polana Trusiówka" na granicy Gorczańskiego Parku Narodowego. Mam asiora w zanadrzu tj. kolorową mapę pt. Gorce, która pomaga ale i tak nie unikam autorskiego wariantu z tzw. docinką w łatwo rozpoznawalne miejsce. Cóż, życie napieracza to nie tylko oczywiste warianty, ale także niespodziewane docinki w sytuacjach ogólnego zakręcenia się wokół poziomicy. W drodze na PK4 fotografuje herb Gorczańskiego Parku Narodowego i natychmiast wysyłam go w Świat.
Jak ja strasznie żałuje, że "Wesoły Jędruś" nie zaplanował zabawy tak aby wpuścić nas do GPN jakieś 2 godziny później. To co widziałem w świetle księżyca (przestało padać) na chwile doprowadziło mnie do orgazmu estetycznego. Ośnieżone Tatry i mgła w dolinie podczas drogi na Turbacz, to chyba jeden z piękniejszych widoków w Polsce. Na szczęście mocniejszy wiatr tuż przed atakiem na szczyt Turbacza skutecznie zniechęca mnie aby tam zostać do świtu. W schronisku na Turbaczu odbijam PK6 (lotne PK 5 i PK 7 na LOP łapie bez problemu ale jak się okazuje nie jest to takie proste nawet dla najlepszych), zmieniam mokrą koszulkę i zjadam coś. Po 10 min. ruszam w dół.
Zielony szlak jest bardzo dobrze oznakowany co i tak nie chroni mnie przed 500 m wtopą. Znów owczym pędem. Półmetek PK 8 koło Willi Orkanówki osiągam po 11h i 15 min. Buty mam mokre, pękła pierwsza linka od ochraniacza obuwia, reszta w porządku.
Kolejny cel to położony w dolinie potoku Wierzbienica PK 9. To będzie słynne miejsce. Tu po raz pierwszy w historii w Beskidzie Wyspowym została rażona kamieniem w głowę uczestniczka Kieratu. Niestety musiała skorzystać z szycia w Limanowskim szpitalu i mimo rewelacyjnego czasu i ogromnych chęci kontynuacji zmagań siłą rzeczy musiała się wycofać. Jeśli to czytasz Kasiu - pozdrawiam!
W drodze na PK10 w Półrzeczkach odkrywam, metodę na zmęczone stopy w mokrych butach. Moczyć w strumieniu! Tak moczyć i nie dać wyschnąć, bo będzie masakra. Jak na razie nie jest to trudne bo generalnie jest mokro i nie brakuje potoków.
Z PK 10 na PK11 tylko 3 km. Polana Wały to fajne miejsce na rozbicie namiotu. Dotrzeć tam jednak udaje się tylko, mimo usilnych prób pokonywania trasy wg mapy, docinając na azymut. A trasa do płaskich nie należy, tu po raz pierwszy czuje, że będzie ciężko. Czemu się jednak się dziwić 2/3 trasy za mną.
PK12 na 75 km podczas odprawy technicznej został dobrze zareklamowany prostym tekstem. Tam czyli na Przełęczy Rydza - Śmigłego jeden ze sponsorów stawia żurek, kawkę, herbatę.
Fajnie ale najpierw trzeba przeskoczyć Mogielnice. Rozsądek nakazuje okrążyć najwyższy szczyt Beskidu Wyspowego "po poziomicy" ale ja napieram górą, w końcu jest tam krzyż papieski (a jak pokazuje przykład Tarnicy i Giewontu, na górę z krzyżem chadza się nadzwyczaj chętnie). Tu po raz pierwszy i jedyny zawodzę się Beskidem Wyspowym. Na szczycie Mogielnicy tzw. "syf z gilem", szaroburo i śmiecie. Spadam stąd. Na PK12 zmieniam skarpetki, wypijam 3 kawki z miodem i zjadam żurek, jest piknikowo. Stopy mają pierwsze obtarcia, odciski i kalafiorki, pęka linka w drugim ochraniaczu obuwia.
Droga na PK13 to ostania premia górska kategorii pierwszej. Niby prosto na północ wzdłuż strumienia na szczyt Łopienia Środkowego (ale jaja jest tam bagno :) a potem po megastromiźnie lekko w kierunku NW do strumienia i szlakiem rowerowym (dowiaduje się z plotek na PK12). Ile pod górę poszło nieźle, tak zejście zabrało mi mnóstwo sił, było bardzo niebezpieczne co na tym etapie zadziałało na moją psyche. Schodząc miałem dość. Szczęście mi jednak dopisało, trafiłem wreszcie w szlak rowerowy i zszedłem nim prosto na PK13.
Ostatnie 20 km Kieratu to istna pielgrzymka. PK 14 86 km to Kapliczka na zboczu góry Stronia. Fajnie bo idzie się przez wsie, miejscowi przecież znają kapliczki. Podpowiadają chętnie, "tak tą drogą do aniołka". Rzeczywiście ścieżka trzyma kierunek a aniołek jest urokliwy - tylko gdzie do cholery są sędziowie, których kamizelki podchodząc widziałem. Staje koło aniołka i krzyczę: "Ej sędziowie dlaczego się chowacie?" Chcę dzwonić w tej sprawie do Sędziego Głównego. Nagle idę po rozum do głowy, sięgam po pomiar z GPSa - za blisko 800m, dodatkowo rozglądam się naokoło i stwierdzam, że jestem jeszcze za daleko od szczytu. Żegnam aniołka, idę wyżej i pytam miejscowych czy dalej jest kapliczka. Odpowiadają, że tak i po 10 min jestem na punkcie. 37 miejsce najlepsze podczas całej trasy. Ten punkt sprawił wiele problemów wielu uczestnikom, bo spotkali miejscowych, którzy wysłali ich naokoło.
Wracając do tematu pielgrzymki PK15 znajdował się w szkole obok Sanktuarium Matki Boskiej Pocieszenia w Pasierbcu. Droga prosta jak drut, ja jednak źle skręcam i zamiast lasem prawie cały odcinek asfaltuje. Nic nie szkodzi dużo nie nadkładam ale to na tym etapie zabawy boli fizycznie, dla pocieszenia zaliczam dodatkowe 2 obfite burze, pierwszą przeczekuje na przystanku PKS w Roli drugą już dzielnie znoszę maszerując. Obok mnie uderza piorun, kurcze głośno. Z małymi kłopotami nawigacyjnymi docieram szczęśliwie do Sanktuarium Pocieszenia. Rzeczywiście czuje się pocieszony, bo zostało mi 6h na dotarcie do mety. Jak się okazuje to 7 km asfaltem w dół.
Człowiek to nie pojazd kołowy musi pracować zarówno na podejściach jak i zejściach. Ciężko się schodzi, mam kryzys osiołka ze Shreka "Daleko jeszcze?", "No gdzie ten hotel" to moja mantra. 700m przed metą mijają mnie 2 inni zawodnicy biegiem, zapraszają do wspólnego biegu na metę. Jak mam pobiec jak już myślę jak przejdę z hotelu 300 m do szkoły gdzie śpię.
Czuje się kompletnie wyczerpany, sędzia główny wita mnie pytaniem czy nie potrzebuje lekarza, bo niejaki tutaj zaraz obok przypadkiem dyżuruje. Proszę o kawę i kupon na żarcie. Powoli wracam, dałem z siebie wszystko 26h 33 min marszu, mnóstwo wrażeń, czuje się bogatszym człowiekiem, podołałem, jestem silny pokonałem 258 osób.
Gulasz smakuje wyśmienicie, prysznic powoduje lekką hipotermie, trzęsąc się chwiejnym krokiem trafiam do śpiwora, trochę żartując z współspaczami zasypiam, po robocie.
Misiek