+Bieg Katorżnika
11.08.2007 r.

III Bieg Katorżnika

Biegać można wszędzie: po asfalcie, lesie, górach, polach i na plaży - to wiemy wszyscy. Ciekawe jak odpowiedzieli by respondenci Familiady gdyby kazać im wypisać 10 propozycji? Czy odpowiedzieli by, że biegać można także po bagnach, rowach melioracyjnych, przez jezioro i szuwary? Pewnie nie ale kto to wie skoro istnieje już dowód namacalny. Ponad tysiąc zdjęć pokazuje niemożliwie ubłoconych, brudnych, cuchnących, podrapanych i poobijanych ludzi, którzy się przedzierają przez bagna, moczary, którym niestraszne trawy i zwalone drzewa, którzy przeskakują mostki, pokonują jezioro, walczą z przeszkodami terenowymi.

Co to za ludzie spyta ktoś. Komandosi? Służby specjalne? Idioci?

Każda z tych odpowiedzi jest dobra a w uzupełnieniu należy dodać, że byli tam inżynierowie, urzędnicy, lekarze, nauczyciele, listonosze, przedstawiciele wszystkich zawodów. Wszyscy przyjechali do Lublińca Kokotka w jednym celu sprawdzić się i dobrze bawić. A sprawdzian był nie byle jaki bo prawie 7km przez okoliczne mokradła. Organizatorzy postarali się aby ten bieg utkwił w pamięci startujących. Wśród atrakcji były bagna z ciepłą i zimną wodą, trzciny, zwalone drzewa, drągi leżące w bagnie o które niemiłosiernie obijali sobie piszczele startujący, trasa prowadziła także przez wyrąbisko, wewnątrz nieczynnego budynku, po schodach i plażą.


źródło: www.maratonypolsie.pl

Osobiście podszedłem do biegu bardzo asekuracyjnie a i tak dał on mi niemiłosiernie w kość. Na pokonanie trasy potrzebowałem aż 78 minut (najlepsi 55) a już od 40 minuty biegu cieszyłem się, że nie awansuje do niedzielnego finału. Może była to postawa niesportowa ale zderzenia z niewidocznymi, leżącymi w bagnie drągami działały na mnie w sposób mocno demobilizujący szczególnie jak obijałem sobie wcześniej obite już miejsce na goleniach. Prawdziwą ekstazą w tym wszystkim był jednak przykurcz łydki, który spowodował, że musiałem zwolnić aby nie dać się złapać prawdziwemu skurczowi.

Wszystkie powyższe bóle i niedogodności minęły wraz z przekroczeniem linii mety, gdzie na szyi zawisła ciężka podkowa katorżnika a kąpiel w ciepłym jeziorze pozwoliła zapomnieć o trudach ostatniej godziny zmagań.

Całą imprezę podsumował bym następująco: Jeśli chcesz pobiegać przebiegnij milę, chcesz doznać nowego życia przebiegnij maraton, chcesz dowiedzieć się jak jest w biegowym piekle zmierz się z bagnami w Kokotku

-> Polecam!

Misiek

Poniżej relacja Janka z dokładnym opisem trasy.

Widziałem start pierwszego biegu eliminacyjnego, więc wiem co będzie na początku. Zaraz po starcie skaczemy do płytkiej wody i brniemy do przodu w kierunku pomostu, oblepionego ludźmi robiącymi nam zdjęcia. Woda coraz głębsza, nawet niezbyt zimna, a my coraz powolniejsi. Kiedy przechodzimy pod pomostem, woda sięga nam prawie do szyi. Po chwili wychodzimy na brzeg i biegniemy po nim około 900 m. Oszczedzam jeszcze siły na później, co okazało się błędem, bo ten suchy fragment jest właśnie po to, żeby uciec wolniej poruszającym się uczestnikom biegu. I znowu do jeziora. Brniemy gęsiego po pas wśród gęstych wodorostów, mijając jegomościa na rowerze wodnym, robiącego nam zdjęcia. Wchodzimy w wydeptaną w trzcinach ścieżkę, której środek stanowi błotnista maź. Trasę biegu wyznaczają biało-czerwone foliowe taśmy. Po dłuższym kawałku wśród trzcin wychodzimy na ląd, a po chwili przeprawiamy się przez rów melioracyjny wypełniony lodowatym błotem o konsystencji przypominającej płynną rtęć i silnym zapachu. Trzeba uważać, bo w mazi ukryte są korzenie i pnie drzew, boleśnie uderzające w nogi. Niektórzy skaczą z rozpędem w błoto, przeskakując nad konkurentami i ryzykując bolesną kolizję z podbłotnymi przeszkodami. Inni, do których należę, cierpliwie czekają na swoją kolej w marszu gęsiego i brną przez błoto śladem poprzednika. Panuje solidarność, ostrzegamy idących za nami o niewidocznych pułapkach. Głębokość błota różna, czasem po kostki, czasem po piersi. Bywa, że w oko trafia piekący chlap borowiny.


Nogi grzęzną wśród korzeni. Na fragmentach poprowadzonych wzdłuż kanałów melioracyjnych najszybsze okazuje się podążanie suchym skrajem rowu, dla utrzymania równowagi łapię kolejno mijane pnie drzew. Mijam dziewczynę z Torunia, której wbił się w piętę na dnie jeziora kawałek szkła. Czuwa już przy niej dwóch chłopaków, więc pędzę dalej. Nie ma jak zejść z trasy, dziewczę musi brnąć dalej do przodu mimo skaleczenia. Przede mną bardzo sprawnie pruje do przodu filigranowa Ewa z Dystansu Kraków, wystrojona w gumowy czepek kąpielowy. Niestety grzęźniemy w korku, bo jeden wolniej poruszający się uczestnik biegu może zablokować dziesiątkę innych. Jakoś udaje się przedrzeć przez tych wolniejszych, w końcu wyprzedzam także Ewę. Kolejna trudna przeszkoda: betonowy mostek z metalowymi poręczami, między którymi się prześlizgujemy. Byli i tacy, co ryzykując utopienie nurkowali w mazi pod mostem. Przy kolejnym jeziorno-trzcinowym kawałku wyraźnie czuć różnicę temperatury między lodowatym błockiem a cieplutką wodą jeziora. Nurkuję w wodzie, żeby zmyć z głowy trochę błota. Czasami da się nawet płynąć. Ponad głowami mostek z klaszczącymi, krzyczącymi i fotografującymi kibicami. Wychodzimy na dobre z wody i biegniemy trasą, prowadzącą zakosami przez las wśród licznych pni i gałęzi, które trzeba przeskakiwać. No i mamy zapowiadaną niespodziankę, trasa wyznaczona taśmami prowadzi do wejścia do budynku, a potem na klatkę schodową, którą trzeba biec w dół, prawie pod ziemię, do jakiegoś starego, ciemnego kibla. Czy jest stąd jakieś wyjście? Jest, za kolejnym załamaniem widać drzwi na zewnątrz. Teraz biegniemy alejkami ośrodka w Kokotku, czasami po niebezpiecznych betonowych schodach.

Docieram do ostaniej atracji, jaką jest bunkier. Trzeba wskoczyć do wykopanego w ziemi dołu, a potem przeczołgać się pod drewnianymi balami wąskim, długim na dwa metry przejściem. Wyskakuję z drugiej strony, z dopingu wnoszę, że ktoś biegnie tuż za mną, więc przyspieszam. Ostatnie metry są po molo niedaleko startu. Nikomu nie udaje się mnie teraz wyprzedzić, wpadam na metę, obsługa przed sczytaniem kodu paskowego z mojego zafoliowanego numeru startowego starannie go wyciera szmatką. Zawisa wreszcie na mej szyi ciężka na ponad 3 kg podkowa na łańcuchu, z metalową tabliczką. Jest srebrna, ci co przejdą do finału po przebiegnięcu jeszcze raz trasy dostaną jutro złote. Wyścig kończy kąpiel w jeziorze, jest tam już Miodzio, Andrzej i Misiek. Danilo i Ela Hirszler z córką robią nam z brzegu zdjęcia, oni pobiegną dopiero w czwartym biegu eliminacyjnym. Wszyscy wokół wyświnieni ale uśmiechnięci, fajnie było, będziemy tu za rok.


fot: Danilo Ferraris

jang