+Jarosławiec - 15 kilometrowy bieg po plaży |
06.07.2008 r. |
Bieg po plaży.
Wyjazd mój i Słonika zaczął się już w piątek, ponieważ w sobotę, dzień przed zawodami zaplanowaliśmy spływ Drawą. Około 22.00 spotkaliśmy się na Dworcu Wschodnim. Nasz pociąg miał przyjechać o 22.43. Niestety, mimo naszych ogromnych starań przegapiliśmy go. Kolejny miał przyjechać o 24.00, ale spóźnił się trzy godziny. W trakcie pięciogodzinnej tułaczki mieliśmy okazję zobaczyć jak pięknie kwitnie na dworcu życie nocne. Ku naszemu zaskoczeniu wszyscy włącznie z różnego rodzaju żulikami byli dla nas bardzo mili i starali się pomóc jak tylko umieli najlepiej. Wbrew wszystkim przeciwnościom losu im dłużej czekaliśmy na pociąg, tym mieliśmy lepszy humor. Pod koniec bawiło nas już prawie wszystko, aż śmialiśmy się do łez.
O 3.00 wsiedliśmy do pociągu. W Choszcznie (nasze miejsce docelowe) byliśmy o 8.30. Ledwo udało nam się wysiąść z pociągu. Konduktor dał już sygnał do odjazdu, a Słonik ciągle szarpał się z drzwiami, których za nic nie dało się otworzyć. Z przerażeniem poleciałam do następnych i te na szczęście "nie protestowały". Wysiedliśmy w ostatniej chwili. Na stacji czekał na nas zaniepokojony naszymi przygodami z PKP mój kolega Robert. To właśnie u niego mieliśmy mieszkać i to on organizował spływ. Zostaliśmy przyjęci niczym królewska rodzina. Cały stół zastawiony był smakołykami. Obydwoje jesteśmy bardzo łakomi więc niczego nie mogliśmy sobie odmówić. Jedliśmy i jedliśmy... W przerwie zrobiliśmy 3-godzinny spływ Drawą i znowu usiedliśmy do stołu. Ok. 22.00 byłam tak najedzona, że nie mogłam oddychać. Czarno widziałam przebiegnięcie 15km w tym stanie. Żeby już się nie męczyć i nad niczym nie zastanawiać poszliśmy spać.
Pobudkę mieliśmy przed 5.00 rano więc mój organizm doznał lekkiego szoku. Robert zawiózł nas na stację. Pociąg spóźnił się 8 minut. Po naszych 5-godzinnych zmaganiach na Dworcu Wschodnim czuliśmy się jakby przyjechał za wcześnie, ale i tak pojawił się problem. W Sławnie mieliśmy przesiąść się do PKS-u. Przez to niewielkie opóźnienie nie zdążyliśmy. Na następny PKS trzeba byłoby czekać godzinę, a wtedy spóźnilibyśmy się na start. Na szczęście niespodziewanie pojawił się znajomy biegacz ze Sławna z samochodem i kolegami. Mimo tego, że łącznie było nas sześć osób zdecydował się zaryzykować i zabrał nas do Jarosławca. 
Mieliśmy sporo czasu do startu więc na spokojnie zapisaliśmy się i zrobiliśmy rozgrzewkę. W pakiecie dostaliśmy: jedną porcję vitargo, pojemnik na żywność, pocztówki i metalowy znaczek. Wpisowe wynosiło 20 zł.
O 11.00 nastąpił wystrzał oznajmiający start. Mimo mojego ciężkiego brzucha udało mi się ruszyć z miejsca. Stwierdziłam, ze to już duży sukces więc muszę być twarda i biec dalej. Pierwszy km prowadził po asfalcie, następny po lesie. Potem znaleźliśmy się na plaży. Musieliśmy przebiec po niej aż 7km. Było to dla mnie nowym i trudnym doświadczeniem. Dodatkowy problem sprawiał mi ból mięśni przypiszczelowych. Jednak nie poddałam się i wierzyłam, że przejdzie, bo w 90% przypadków zawsze mi mijał. Bolące mięśnie czułam przez pierwsze 6km, ale jestem do tego przyzwyczajona więc myślę, ze mnie to nie zwolniło. Po piachu biegło się naprawdę ciężko. Postawiłam sobie za cel nie zamoczyć butów, bo stwierdziłam, że w ciężkich butach nikogo później nie przegonię. To nie było łatwe. Biegłam zygzakiem, coraz wskakując na wyżej położony, wcale nie ubity piach. W pewnym momencie pojawił się wąski 1-kilometrowy murek. Przed zawodami wszyscy radzili mi żebym na niego wskoczyła, bo łatwiej biec po nim niż po piachu. Niestety utworzył się mały korek więc stwierdziłam, że wejdę na niego później. To był błąd. Murek zrobił się wyższy, a ludzie biegli po nim gęsiego i nie miałam gdzie się wcisnąć, ale w końcu jakoś mi się udało. Znalazłam się koło dziewczyny, z którą startowałam.
Po zejściu z murka, znowu biegnąc po piachu, uciekła mi do tego stopnia, że przestałam ją widzieć. Byłam pewna, ze już jej nie dogonię. Odcinek po plaży kończył się podbiegiem, po najgorszym piachu. Nie wiem dlaczego, ale jakoś rozbawił mnie fakt, że jest aż tak ciężko. Zaczęłam się śmiać, trochę do siebie, trochę do innych. Teraz myślę, że być może była to reakcja wywołana mocno świecącym słońcem. Mogłam po prostu zwariować. Po zbiegnięciu z plaży znaleźliśmy się na dukcie leśnym, a potem na asfalcie. Niespodziewanie dostałam takiego przyspieszenia, że prawie dogoniłam tą dziewczynę, z którą startowałam. Czułam, że pędzę. Wspaniale mi się biegło!!! Już nic mnie nie bolało, a nogi same niosły. Tylko nie wiem dlaczego 12km odczytałam jako 13. Myślałam, że do końca zostały już tylko 2km, a tu "znowu" 13. No nic, stwierdziłam, że i tak dam radę. Na 14km niespodziewanie pojawił się podbieg, ale pokonałam go bez większych problemów. Za chwilę, patrzę, a tu tabliczka z napisem 15km. Zaczęłam się poważnie zastanawiać, dlaczego jeszcze nie ma końca(???) Na szczęście za ok 350m był. Na metę wpadłam z czasem 1.09.12. Dostałam medal, który był przeznaczony dla każdego uczestnika. Byłam bardzo zadowolona!!!
Po chwili spotkałam Słonika - 58.32, czyli jak zwykle osiągnął super czas! Niestety była tak silna obsada, że zajął dopiero 20 miejsce. Nie bez powodu zawody w Jarosławcu są nazywane biegiem międzynarodowym. Pierwsze miejsce zajął Kenijczyk Joel Kitur - 50.44. Wśród pań zwyciężyła Renata Paradowska z czasem 59.33. Wyprzedziła nawet parę Białorusinek. Ja byłam 10. Załapałam się na ostatnią nagrodę pieniężną. Osoby zajmujące miejsca od 11 do 15 dostały nagrody rzeczowe. Każdy z uczestników miał zagwarantowany posiłek i piwo. Zakończenie trwało do 16.00.
Ponieważ była piękna pogoda postanowiliśmy wrócić do Warszawy jak najpóźniej czyli w nocy. Poszliśmy na plażę. Słonik pierwszy raz w tym roku pływał. Ja ze względu na duże fale tylko chodziłam brzegiem morza. Potem zjedliśmy pyszną rybkę, pizzę, pieczywo czosnkowe, zapiekanki, lody i wypiliśmy dwa koktajle. Kiedy osiągnęliśmy nasz ulubiony stan, w którym ciężko się poruszać i nie można oddychać nadeszła godzina powrotu. PKS-em pojechaliśmy do Sławna. Za pół godziny mieliśmy mieć pociąg do Warszawy. Niestety znowu się nie udało. Pociąg przyjechał, ale z niewiadomych przyczyn nie doczepiono do niego wagonów pospiesznych, a tylko na nie mieliśmy bilety. Poczekaliśmy kolejne 1,5 godziny i pojechaliśmy następnym. W Warszawie byliśmy o 7.00. Wróciłam zmęczona i śpiąca, ale przede wszystkim bardzo szczęśliwa, bo uważam, że mimo wielu przeciwności losu i tak mieliśmy niesamowicie udany weekend.
Bieg w Jarosławcu polecam każdemu!!! Uważam, że przynajmniej raz należy go zaliczyć. Organizatorzy działali bez zarzutu, a trasa poprzez swoją oryginalność na pewno pozostanie w mojej pamięci do końca życia:)
*gazela*
powrót do strony głównej