+HARPAGAN 33 - Trąbki Wielkie
20.04.2007 r.

HARPAGAN 33

Walkę z tym morderczym wyzwaniem rozpocząłem już rok temu na Harpaganie 31 w Bożym Polu Wielkim, gdzie miałem ogromnego pecha gdyż całą noc padał deszcz chwilami ze śniegiem co spowodowało, że rozpadłem się psychicznie i wyczerpałem energetycznie. Dodatkowo w debiucie praktycznie nie wiedziałem co to orientacja w terenie i jak się posługiwać w kompasem. W tych okolicznościach wynik 11 PK i 67 km uznać należy jako rewelacyjny. Kolejna moja próba to H32 na jesieni w Przodkowie, gdzie nawigując po części samodzielnie dotarłem do PK 10 i zgubiłem się w drodze na 11 PK tracąc kolejną szansę. Obydwa te występy nauczyły mnie wiele, dzięki nim dowiedziałem się jak posługiwać się kompasem, GPSem i jak pomóc sobie w kryzysie. W związku z powyższym należało być konsekwentnym i podjąć kolejną próbę w kwietniu tego roku.

Dokładne miejsce H33 rozstrzygało się długo, poznaliśmy je dopiero ok. 2 tyg. przed imprezą. Gdy już dowiedziałem się, że H33 odbędzie się w Trąbkach Wielkich - ucieszyłem się, ponieważ okolice Trąbek to teren rolniczy a niewielka powierzchnia lasów ułatwia znacznie nawigacje, w której przecież wciąż jestem nowicjuszem. Dodatkowo Harpagan wiosenny jest łatwiejszy od jesiennego, ze względu na dłuższy o 3,5 h dzień. Mając na uwadze powyższe oczami duszy zauważyłem dużą szansę na tytuł harpagana i nie zastanawiając się długo zapisałem się.

Akcje H33 rozpocząłem już w czwartek wieczorem gdy spakowałem się aby móc około godziny 8.00 w piątek wyruszyć do Trąbek, w których pojawiłem się około godziny 15.00. Tam po przygotowaniu przepaków i zapisaniu się czekałem cierpliwie do 21.00 gdy miał nastąpić start. Ze startu pamiętam jedynie, że było zimno.

PK 1 Trąbki Małe 4km (21:31)
Punkt w niewielkim lesie na dużej polanie. Pierwszy kilometr podbiegam w kierunku lasu i ustawiam się na początku stawki a potem dalej przez pola ścieżką do właściwego lasku. Nawigacyjnie bez kłopotów. Daje się jednak odczuć, że jest chłodno. Co ciekawe już tu zawodnicy wybrali różne wariantu zdobycia punktu.

PK2 Mała Żuławka 11,5 km (22:37)
Punkt po części wymarzony dla biegaczy gdyż 2/3 drogi na punkt to asfalt i twardy szeroki leśny dukt aż do niemalże punktu. Aby maksymalnie skrócić drogę przyjmuje wariant ryzykowny z przeprawą przez Kłodawę bez zaznaczonego na mapie mostka co mogło skutkować nadrabianiem kilometrów do szosy lub kąpielą i przeprawą "na azymut" przez pola uprawne do szosy. Wariant okazuje się trafiony gdyż natykam się na powalone drzewo i przeprawiam się przez Kłodawę a pole okazuje się łatwo przebieżne. Dalej zostaje biec około 5 km na punkt.

PK3 Stenwałd 18,5 km (0:22)
Na początku pierwszy problem nawigacyjny. Doszedłem do samotnego domostwa na skraju lasu. Wg mojej i innych oceny właściwa droga powinna być za domostwem, lecz niczego poza bagnem tam nie było. Ku mojemu zdziwieniu większość z przybyłych po sprawdzeniu, że za domostwem nic nie ma, wybiera wariant w lewo gdzie kompletnie nie zgadza się kierunek, podejmuje odważną decyzję idę sam w kierunku odwrotnym i trafiam na mostek na wijącej się na tym terenie Kłodawie, czyli pełny sukces. Przy mostku dogania mnie ekipa z Gdyni z prowadzącym ją Miłoszem, z którą to zmierzam dalej bardzo szybkim marszem. Razem docieramy do lasu w którym ukryty jest punkt. Znajdujemy właściwą przecinkę i ...ta się kończy ok. 500 m od punktu. Zaczynamy delikatnie przemieszczać się na azymut w kierunku punktu i zauważamy przez gęsty las skupisko latarek wkoło ognisko. Sam nie wiem po co ale biegiem zdobywamy punkt. Tu krótki posiłek i dalej w drogę.

PK4 Dolna Huta 24 km (1:53)
Z początku banalnie na zachód do najbliższej wsi i potem uwaga: 1 wtopa nawigacyjna! Próbując wybrać troszkę krótszy wariant nie zauważamy na mapie rzeczki (kserówki bardzo słabo oddają rzeczki, które są doskonale widoczne na mapach kolorowych, kolejna trudność harpagana), podejmujemy więc próbę naprawienia błędu i sforsowania rzeczki za najbliższym domostwem. Niestety nie jest to możliwe i pozostaje bić się w piersi i pogodzić się ze stratą 20 min i nadrobieniem ok. 1,5 km. Wracamy do poprzedniej wioski, wybieramy właściwy dukt, który okazuje się zielonym szlakiem turystycznym i docieramy nim na punkt. Tu zgodnie z planem wciągam pierwszy żel energetyczny, który wkrótce o mało nie eliminuje mnie z walki.

PK 5 Jezioro Przywidzkie 30 km (3:28)
Punkt ten obdarzyłby nas wspaniałym widokiem w dzień; jezioro do którego schodzi się z wysokiej skarpy - rewelacja. Był to dla mnie pierwszy przełomowy punkt. Wszystko zaczęło się jednak mniej dramatycznie, wraz z ekipą Miłosza dotarłem do następnej wioski a potem w pole zgodnie z obranym kierunkiem. W tym polu na skraju lasu zaczynam czuć mocne mdłości, nie mogąc iść tak szybko odpuszczam ekipę Miłosza i zostaje sam. Czuje się bardzo słabo ale po 5 min zaczynam dochodzić do siebie i iść w kierunku gdzie zniknęli moi towarzysze, próbując się zorientować sprawdzam kierunek i ten mi się nie zgadza. Krótka narada z samym sobą i mapą powoduje, że postanawiam iść na południe na azymut, taki wariant daje pewność, że się zabije o jezioro, którego szukam. Mam pecha mój wariant prowadzi mnie przez głębokie jary i gęste krzaki aż do stromego pagórka na którym zauważam rząd latarek. Uff na szczycie jest droga. Docieram tam i zaczynam iść za wszystkimi jednocześnie próbując odnaleźć się na mapie. Nie udaje mi się to jednak i zmuszony jestem ponownie iść na południe przez las, tym razem jednak pełen sukces bo zauważam w dole jezioro i skupisko latarek, uff punkt.

PK 6 Kierzkowo 35,5 km (4:46)
Nad Jeziorem Przywidzkim spotykam Leszka i Anię, w światku orientalistycznym wszyscy wiedzą o kogo chodzi. Leszek żartobliwie pyta czy już się nabiegałem i z niezadowoleniem stwierdza, że jak dla niego ta edycja jest zbyt łatwa nawigacyjnie i mu się zwyczajnie nudzi. Mając na uwadze moje samopoczucie podłączam się do Leszka i Ani. Idę grzecznie i patrzę na mapę próbując podpatrzyć kunszt Leszka w dziedzinie nawigacji. Maszerując czuje jak marzną mi dłonie i przemarzają palce, tak jak się obawiałem nadchodzą najzimniejsze chwile tej nocy czyli zbliża się 4 rano. Na punkt docieramy sprawnie, sznurkiem po mapie. Leszek tym mi zaimponował i poczułem, że warto przejść się z nim na PK 7 bo z mapy wydaje się on trudniejszy. W międzyczasie zrobiło się widno i jeszcze zimniej.

PK 7 Zaskoczyn 43,5 km (6:46)
Jednym słowem ustawiłem się nieźle, najtrudniejszy nawigacyjnie punkt przeszedłem dość sprawnie za Leszkiem, choć nawet i on w pewnym momencie musiał przeciąć las na azymut aby trafić na właściwą drogę. Na punkcie spotykam ekipę Miłosza, która zeznała, że błądzili trochę w drodze na ten punkt. W tym momencie pozostał tylko powrót do bazy i pierwsza pętla 50 km zaliczona.

PK 8 Trąbki Wielkie szkoła 50 km (godzina 7:43)
Czas na przepak. Na 1 pętli zużyłem 1,5 l Powerade, 2 kanapki, 2 ogórki i 3 kabanosy. Po dołożeniu zapasów do plecaka i strzeleniu kanapki z red bullem, zrobiłem krótki przegląd mapy 2 pętli i z radością stwierdziłem, że jest jeszcze łatwiejsza nawigacyjnie więc jest duża szansa na ukończenie. Zatem pełen nadziei wyruszyłem już około 8:10 by walczyć dalej.

PK9 Postołowo 57 km (9:38)
Jak ja lubię takie klimaty. Maszeruje sobie przez pola dziurawą wiejską drogą gdy podjeżdża do mnie rozpadające się cinquecento i autochton prowadzący pojazd pyta: Podwieźć cię do lasu? Grzecznie odmawiam tłumacząc się rywalizacją sportową, choć diabełek we mnie mówi, że tak naprawdę to chce zostać podwieziony. Ale cóż harp to nie wycieczka autostopem. Po jakiś 10 min docieram do brzegu lasu, w którym schowany jest punkt. W pierwszym wariancie miałem atakować punkt brzegiem lasu ale był on zaorany. Podczas myślenia jak zaatakować inaczej ponownie zjawia się autochton i mówi, że jakiś inny zawodnik poszedł tędy i mam do niego 5 min straty i żebym go gonił. Ponownie grzecznie dziękuje i idę jedyną ścieżką w las. Po 2 min na pierwszym skrzyżowaniu znowu autochton z uśmiechem, że musi sprawdzić czy poszedłem dobrą drogą. Myślę, a skąd ty człowieku wiesz dokąd ja chce iść? Ponownie grzecznie dziękuje i mam go wreszcie z głowy. Sam atak na punkt okazał się trochę trudniejszy niż się spodziewałem, taktyka na azymut spowodowała, że przeszedłem o jedną przecinkę na południe za daleko ale uratował mnie słupek leśny z numerami oddziałów, zrobiłem w tył zwrot i moim oczom ukazał się dym co znaczy, że chłopaki z punktu kontrolnego zapraszają.

PK10 Bolesławowo 62 km (10:49)
Drogę na ten punkt można opisać piosenką przez łąki i pola pędzi fasola i tak do nieczynnej linii kolejowej i dalej nią aż do jaru a za jarem w lewo i przez zaorane pole do lasku. Bardzo przyjemna trasa, słoneczko, pagórki ale niestety i silny, zimny wiatr, rękawiczki i czapką są zatem obowiązkowe. A na punkcie spotykam kogo? Ekipę Miłosza oczywiście. Już trochę osłabioną bo jeden z nich nie wytrzymał tempa i uznał, że jedna pętla to i tak sporo. Dołączam się zatem do Miłosza i chłopaków.

PK11 Obozin 67 km (11:40)
Miłosz w swoim stylu zarządza atak na azymut przez ugór do najbliższej wioski. Żeby nadążyć za jego wesołą ekipą muszę podbiegać, co po ugorze nie jest bezpieczne. W tempie ekspresowym docieramy do głębokiego jaru z mokradłem i jeziorem w środku. Potem wspinaczka na skarpę, na której się zatrzymaliśmy by wypatrzyć punkt lub dym z punktu. Podejrzewam jednak, że budowniczy trasy przewidział, że będziemy taki numer chcieli zastosować i schował odpowiednio punkt, trochę nas to zdezorientowało ale daliśmy radę i po 5 min węszenia po okolicy, znaleźliśmy punkt. Na punkcie spotkaliśmy pierwszego rowerzystę.

PK12 Boroszewo 76,5 km (13:38)
Ktoś na PK 9 powiedział, że to będzie strasznie trudny punkt bo wszystkie drogi do niego są w poprzek? Wcale nie. Droga na niego była jednak długa, nudna, nużąca i niestety wyczerpująca. Miłosz przyjął mój wariant dojścia i prowadził w swoim mega szybkim tempie czym wykończył aż 3 towarzyszy wędrówki. Punkt oczywiście jak zwykle był w lesie i jak przeważnie to bywa na górce. Na punkcie stwierdziłem a. mam chyba ze 3 h zapasu, b. zaczynają mi się tworzyć odciski, c. czuje zmęczenie i lepiej będzie odpuścić Miłosza bo prawie pewne jest, że skończę harpa a jak tak dalej będę szalał to jeszcze nie dojdę ale z drugiej strony może Miłosz będzie miał kryzys?

PK13 Damaszka 81,5 km (14:41)
Odpoczywając na PK12 doszło do mnie, że raczej tylko tragedia może pozbawić mnie tytułu harpagana. Jednak pewności mieć nie mogłem. Postanowiłem zatem nie odpuszczać Miłosza. Nie odpuszczać, łatwo powiedzieć. Już w połowie drogi na PK 13 Miłosz uciekł mi i jeszcze jednemu koledze, który trzymał się mnie nawet nie próbując myśleć o trzymaniu się Miłosza. Stało się zatem jasne, że teraz czeka mnie samotna walka lub jeżeli kolega wytrzyma to będzie nas 2. W połowie drogi na punkt znowu zmuszeni byliśmy do napierania przez zaorane pole i posiane zboże i dalej już tylko polną drogą na punkt, który był znów na górce w lesie.

PK 14 Sobowidz 89,5 km (16:31)
Ten punkt miał być kluczowy gdyż cały czas mi się zdawało, że jest strasznie trudno dostępny. Analizując na punkcie mapę i szukając wariantu prawie nie poszedłem kompletnie źle. Jednak ponownie miałem szczęście bo przede mną wystartował inny zawodnik i poszedł zupełnie inaczej niż chciałem, co zmusiło mnie aby jeszcze raz popatrzeć w mapę - bingo! Jest inny, bardzo łatwy wariant. Najpierw w stronę jeziora, potem okrążyć miasteczko i do lasu a w nim główną drogą na punkt. I tak się stało, droga nie była jednak zbyt łatwa gdyż prowadziła przez otwarte tereny na których mocno wiało. W drodze zdaliśmy sobie sprawę, że idziemy wolno, gdyż wyprzedziło nas 2 zawodników, których wcześniej nigdzie nie mijaliśmy.

PK15 Kaczki 96 km (18:32)
To miała być formalność tym bardziej, że czasu było o wiele za dużo. Ale harp uczy pokory. Zaczęło się dobrze choć wyprzedziła nas kolejna grupka. Gdy dotarliśmy do najbliższego miasteczka, gdzie mieliśmy asfaltem przejść część drogi na punkt, zdaliśmy sobie sprawę, że jest już z nami źle w sensie fizycznym. Ja jak zwykle miałem ograniczoną możliwość zginania nogi w kolanie (tym razem prawym) i spore odciski (Asics się nie sprawdził :( ). Kolega był wyraźnie na kryzysie energetycznym. I tu druga wtopa nawigacyjna. Zamiast asfaltem na północ poszliśmy na południe. Ratunek tym razem przyszedł w porę bo nagle podjechała do nas 10 letnia dziewczynka rowerem i powiedziała nam, że na Trąbki to w odwrotną stronę. Ja szybkie spojrzenie w mapę i na kompas i rzeczywiście. Wtopiliśmy około 1 km i ze 20 min a przy tym mnóstwo sił. To jednak prawda, że przy zmęczeniu trudno się nawiguje. Dalsza droga na punkt to była straszna męka, bóle w nogach narastały, kolejni zawodnicy nas wyprzedzali. Jak dotarliśmy na punkt stało się jasne, że się udało, jesteśmy harpaganami.

META Trąbki Wielkie 100 km (godzina 19:31)
Ostatnie 4 km to już pełna ekstaza. Ledwo szliśmy. Wyprzedziło nas bodajże z 10 osób w tym Leszek i Ania (mimo przerwy w bazie o ponad godzinę dłuższej), za którymi szedłem podczas nocnego kryzysu. Docieramy do mety, oddajemy karty i udajemy się na sale gimnastyczną gdzie wreszcie mogę zdjąć buty. Jest ciekawie, mam na prawej stopie pod kostką ogromną bulwę odcisku napełnioną ropą, to samo na lewej pięcie a do kompletu kilka innych mniejszych. Jestem początkowo zły na siebie, co przechodzi mi dopiero po 2 dniach. Dziś jak to pisze jestem już dumny, że mi się udało. Teraz Kierat już pod koniec maja.

Misiek