+ Maraton Paryż |
10.04.2006 r. |
Ela 'zwiedzała' w sporej grupie biegowo Paryż, przechadzka ta zajęła jej bagatela
3:49:58 netto - BRAWO!
Ela tak wspomina start w Paryżu:
Maraton w Paryżu był moim drugim maratonem w życiu. Pierwszy przebiegłam kilka miesięcy wcześniej w Warszawie i z mocnym postanowieniem przebiegania zimy zapisałam się dość wcześnie wybierając maraton paryski z sympatii dla tego miasta. Dobrze zrobiłam, bo zapisy zostały zamknięte już na początku listopada - 35 tysięcy osób zapłaciło po 46 euro za możliwość biegania po głównych ulicach Paryża w niedzielny kwietniowy poranek!
Obawiałam się bardzo tego startu, bo plany zimowego biegania pokrzyżował mi wypadek na snowboardzie w środku stycznia i przerwa w bieganiu ponad miesiąc. Nie czułam się więc w pełni sił, nie realizowałam też żadnego planu treningowego. Jednak Półmaraton Warszawski 26 marca przebiegłam w 1h45 min. w dobrej kondycji, więc zdecydowałam, że jakoś doczołgam się przez tę drugą połówkę...
Ostatecznie nie było aż tak źle. W przeddzień startu otuchy dodawały mi przesympatyczne smsy słane przez Galerię (a nawet jedną koleżankę biegową z Entre Team!). Główny sponsor PM Gaz de France również przesłał ciepłe słowa wsparcia! Start zaplanowany został na godzinę 8.45, prognoza pogody bardzo korzystna, choć dość zimno; 3 stopnie rano do 9 stopni o godz. 13 i częściowe zachmurzenie. Na śniadanie zjadłam croissanta z masłem i popiłam sokiem otrzymanym razem z pakietem startowym. Obawiałam się kłopotów z dotarciem na start, ale metro paryskie to niezawodny środek transportu. Rozgrzewkę zrobiłam słabiutką bo za bardzo byłam przejęta tym, że nie dotrę do pace makerów na 3.45 (oznaczonych fioletowymi balonikami). Zaplanowałam tempo 5.20 (11,250 km/h) tak długo jak się da, na ręku zawiązałam otrzymane na Expo'bransoletki' z międzyczasami na 3.45 oraz na 4 godziny. Obiegłam Place Charles de Gaulle-Etoile, pomachałam trochę rękami, porozciągałam się i o 8.30 zaczęłam się przedzierać w kierunku fioletowych baloników. Prawie mi się udało - tłok był nieziemski; w bramce dostałam żółty kapelusik, który miałam założyć na głowę aby ładnie prezentować się na zdjęciu z helikoptera! Ludzie rzucali cieplejsze ubrania w kierunku swoich bliskich za bramką lub...na ziemię, atmosfera luźna, rozmowy w chyba każdym języku...Na linię startu dotarłam kilka minut po starcie pierwszych zawodników (różnica czasu brutto i netto - 8 minut, ostatni biegacze przekraczali linię startu 15 minut po pierwszych!), chip zapiszczał, tłum ruszył...
Bardzo uważnie trzeba było patrzeć pod nogi i dookoła siebie, żeby o nic i o nikogo się nie potknąć. Z moją nie do końca wyleczoną ręką upadek mógłby się okazać fatalny w skutkach! Tłum biegaczy towarzyszył mi już do końca! I tylko na ostatnich kilometrach nieznacznie się rozrzedził. Sam początek oczywiście fantastyczny - start spod Łuku Triumfalnego w kierunku Pól Elizejskich i dalej środkiem Paryża w kierunku lasku Vincennes, półmetek za laskiem i Paryż w poprzek drugi raz w kierunku lasku Bulońskiego, wzdłuż Sekwany, tunelami gdzie ogłuszała fala krzyku z tysięcy gardeł, przez place, skwery, aleje - wszędzie rzeka kolorowych koszulek, spodenek i czapeczek...Meta z drugiej strony Łuku Triumfalnego na Avenue Foch. Najlepiej czułam się na 15 kilometrze, najgorzej około 29-30, gdzie tempo znacznie spadło i z wielkim trudem zmusiłam się do tego, by przynajmniej je utrzymać. Czas na półmetku idealny - 1h52min, potem jednak brak właściwie w ogóle długich biegów dał się we znaki...Nie mogłam nie myśleć o czołówce, która zbliżała się właśnie do mety i zazdrościłam im bardzo! Miałam taką przemożną chęć choć na chwilkę usiąść sobie i odrobinę posiedzieć na jakiejś ławeczce...Bolały nogi, plecy, kark. Przy punktach z piciem i jedzeniem coraz więcej osób stawało albo bardzo zwalniało. Jeśli się nie chciało na nich wpaść trzeba było biec slalomem...Gdybym biegła z kimś, kto trzymałby tempo i mobilizował, jak to miało miejsce na Maratonie Warszawskim, pewnie zmusiłabym się do większego wysiłku. Byłam jednak sama i motywacji musiałam szukać u siebie, chociaż schowana była bardzo głęboko! Wyobrażałam sobie, że po osiągnięciu mety wreszcie się porządnie rozciągnę i będę siedziała tyle, ile zechce...Wiedziałam już, że mój czas będzie - jak zresztą należałoby się spodziewać biorąc pod uwagę mało systematyczne przygotowania - gorszy niż w Warszawie, ale jeśli tylko nic niespodziewanego się nie wydarzy czas poniżej 4 godzin mam zapewniony i to z dużym zapasem.
Nie wiem jak są zorganizowane inne duże maratony na świecie; mnie na trasie niczego nie brakowało. Jedzenia i picia było w bród; pomarańcze, banany, figi, cukier, zimna woda w małych buteleczkach, jakieś inne napoje, nawet wino...Co pewien czas rozmieszczone punkty z gąbkami, w kilkunastu miejscach na trasie fotografowie zapowiadani donośnym krzykiem, którzy przez te kilka godzin naciskali migawki aparatów...Na ulicach gorący doping, muzyka, tańce, śpiewy, bębenk...Większy tłum kibiców w samym mieście, największy na starcie i tuż przed metą. Doping na ostatnich 2 kilometrach bardzo mi pomógł, bo dłużyły się okropnie! Zwłaszcza okrzyk 'Allez les filles!' (Co chyba można przetłumaczyć 'Dziewczyny, do przodu!'). Na mecie miałam wrażenie, że nie przebiegłabym nawet metra więcej! Zgodnie z obietnicą złożoną sobie gdzieś po 30 km - tuż za linią mety usiadłam na krawężniku. Jak spod ziemi wyrosła pani z obsługi medycznej pytając czy na pewno dobrze się czuję! Radziła, żeby jednak starać się iść. Widok wymiotujących ludzi nie był zbyt krzepiący, więc wstałam i poszłam po medal, czarną pelerynkę i wodę. Trzeba było jeszcze tylko trochę odstać, żeby wydostać się ze strefy dla biegaczy, uderzyło mnie to, że niektórzy w ogóle nie wyglądali na zmęczonych, gawędzili sobie ze znajomymi tak jakby wcale nie odczuli tych 42 km!
Ostatecznie uplasowałam się na 13 719 miejscu na 30 739 biegaczy, którzy ukończyli maraton (rozpoczęło go 31 616) z czasem netto 3.49.58, i na 802 miejscu wśród kobiet na 4 812 biegnących pań. Na półmetku byłam 16 098. Szczerze mówiąc nawet nie zauważyłam kiedy minęłam ponad 2 tys. biegaczy:...A wydawało mi się, że tak się wlokę!
Ze wszystkich zachowanych wspomnień, o których nie sposób tu napisać utkwił mi zabawny widok dziesiątek facetów w czarnych pelerynach, którzy schodzili po schodach do metra jak kaleki, z widocznym trudem i ostrożnością pokonując pojedyncze stopnie...Ja zresztą poruszałam się po schodach w podobny sposób!
Cieszę się, że wystartowałam w Paryżu. Mój drugi przebiegnięty maraton potwierdził, że nie ma się czego bać, a niedostatki w przygotowaniu nie odbiły się aż tak bardzo ja myślałam na moim samopoczuciu. Z pewnością z każdym maratonem uczę się wielu rzeczy i coraz bardziej poznaję swoje możliwości; mocne i słabe punkty. Chcę, żeby bieganie nadal sprawiało mi przyjemność, nawet jeśli nie będzie się to przenosić na spektakularne wyniki - mam wrażenie, że jednak czasem się to kłóci...
Paryż będzie być może jedynym maratonem dla mnie w tym roku. Być może, bo rozważam jeszcze ewentualnie jeden maraton późną jesienią. W listopadzie odbędzie się 10 edycja maratonu w Monako i trasa biegu wygląda bardzo obiecująco...Na pewno we wrześniu będę chciała wystartować w biegach na 5 i 10 km w Mistrzostwach Świata Linii Lotniczych, które odbędą się w tym roku w Amsterdamie i do tego startu postaram się nieco staranniej przygotować...
BetiG

powrót na strone główną