+DyMnO 2007
02.06.2007 r.

DyMnO 2007

Którz z nas nie bawił się w dzieciństwie w podchody? Niektórym z nas zamiłowanie do nich trwa dużo dłużej niż dzieciństwo. Jeżeli ktoś lubi do tego ekstremalny wysiłek związany z długodystanosowym biegiem i przedzieraniem się przez leśne zarośla, to DyMnO jest dla niego wymarzonym miejscem. DyMnO to długodystansowa impreza na orientacje rozgrywana w kilku kategoriach. Chyba najciekawsze są zawody grupy ekstremalnej, składające się z 25 km biegu, 50 km jazdy na rowerze i 5 km pływania kajakiem. Poruszając się na różne sposoby trzeba przy pomocy specjalnie przygotowanych map odnaleźć punkty kontrolne i obecność na nich zaznaczyć na karcie kontrolnej. Nieodzownym urządzeniem, zwłaszcza przy zachmurzonym niebie, jest busola. Były także rozgrywane na różnych dystansach konkurencje biegowe, piesze i rowerowe.

Ja wziąłem udział w biegu na orientację na dystansie 50 km. Składał się on z trzech etapów, z których dwa pierwsze stanowił bieg po zaznaczonej na mapie trasie, a trzeci etap to scorelauf. Scorelauf polega na tym, że na mapie zaznaczonych jest kilka punktów, a uczestnik biegu sam decyduje, w jakiej kolejności je odnajdzie i przy pomocy perforatora każdego punktu kontrolnego zaznaczy je na swojej karcie startowej. Określając dystans 50 km organizatorzy zakładają, że biegniemy optymalną trasą, poruszając się po liniach prostych między punktami. Ale bardzo często linie narysowane na mapie między punktami kontrolnymi przebiegają przez bardzo gęsty las, mokradła, tereny o zróżnicowanej rzeźbie terenu czy poprzecinane ogrodzeniami obszary zabudowane. Wtedy bardziej opłaca się poruszać leśnymi drogami i ścieżkami, nadkładając nieco drogi. Do tego dochodzi błądzenie w poszukiwaniu punktów kontrolnych. Dlatego zazwyczaj pokonany po drodze dystans jest zawsze nieco dłuższy niż założona minimalna suma odległości między punktami. Tym dłuższy im słabiej potrafimy nawigować. Myślę, że w moim przypadku szukając w sumie 33 punktów kontrolnych zrobiłem jakieś 60-70 km.

Limit czasu dla konkurencji biegowej wynosił przy tym 10 godzin, był także określony dla poszczególnych etapów (5 godzin + 3 godziny + 2 godziny). Z pierwszym punktem pierwszego etapu i pierwszym drugiego miałem sporo kłopotu, znalezienie pierwszego z nich zajęło mi 47 minut. Ledwo więc wyrabiałem się na poszczególnych etapach, na pierwszym do 5 godzin zabrakło mi tylko kilkunastu minut, na drugim dotarłem na styk, na trzecim do końca limitu zabrakło kwadransa. Ukończyłem zawody z czasem 9:45 chyba na 7 pozycji spośród 12 osób startujących w mojej konkurencji. Wygrałem za to kategorię wiekowo-płciową M-35, pewnie za sprawą stosunkowo młodego wieku. Zwyciężyli zaprawieni w podobnych bojach biegacze na orientację, może niezbyt szybcy, ale doskonale nawigujący, a w dodatku częściowo poruszający się grupą, co ułatwia znajdowanie punktów.

Jednocześnie na tej samej trasie była rozgrywana konkurencja piesza, różniąca się od biegowej jedynie 12-godzinnym limitem. Jej zwycięzca dotarł do mety prawie godzinę po mnie, a na drugiej pozycji znalazł się mój kolega klubowy Misiek, który biegł (a właściwie przynajmniej teoretycznie szedł) razem ze swoją koleżanką Dorotą. Dorota wygrała wśród pań konkurencję pieszą i z Miśkiem poczyniliśmy pewne starania, żeby zachęcić ją do wstąpienia do Galerii. Bo dziewczyna wygląda na prawdziwy długodystansowy biegowy talent. Przy okazji dziękuję Miśkowi za transport, zawiózł nas sprawnie z Warszawy spod domów w obie strony swoją almerą.



Impreza rozgrywana była w okolicach Legionowa, głównie na obszarach leśnych ze śladami dawnych obiektów wojskowych sprzed kilkudziesięciu lat. Były to zarośnięte już drzewami ślady okopów, transzei, kulchwytów strzelnic i wykopanych dołów niewiadomego przeznaczenia. Wszystko oczywiście było zaznaczone na dość dokładnych mapach orientalistycznych i pomagało się w gąszczu odnaleźć. Mapy w sumie miałem cztery, różniące się skalą, zasięgiem i aktualnością (od lat 70-tych do roku 2005), trzeba wiąc było często brać poprawkę na niezgodności. Sporo było terenów piaszczystych z całkiem pokaźnymi wydmami, niektóre z nich tworzyły kilkusetmetrowe wały. Bardzo pomagały one w nawigacji, kilkrotnie biegłem z punktu do punktu grzbietem takiego wału bez obawy pobłądzenia. Było też trochę odkrytych łąk i pól, a ekstremaliści pływali kajakami po starorzeczach. Baza zawodów (start-meta-przepak) znajdowała się przy leśnym skrzyżowaniu u północnych peryferii Legionowa. Pogoda była deszczowa, ale deszcz nie był zbyt ulewny i z pewnością bardziej się nadawał do takich zawodów niż upał. Start dla kilku kategorii był wspólny i na pierwszym etapie często miałem towarzystwo, większość punktów kontrolnych można było odnaleźć dzięki kręcącym się przy nim ludziom. Drugi i trzeci etap były właściwie zupełnie samotne. Część pierwszego etapu pokonałem w towarzystwie dwójki ekstremalistów.

Głównym organizatorem DyMnO 2007 był znany w kraju orientalista Andrzej Krochmal, zwycięzca wielu ogólnopolskich pucharowych cyklów turystycznych InO. On i jego znajomi bardzo się starali, żeby impreza była ciekawa i włożyli w jej organizację sporo trudu. Udało się im, było rewelacyjnie. Biegnąc od 7.00 rano do 16.45 wcale się nie nudziłem, między etapami na przepaku zatrzymywałem się tylko na mniej więcej 10-minutowe przerwy na szybki posiłek. Poza tym lubię las i z jego różnymi postaciami zetknąłem się tego dnia, 2 czerwca 2007. I przebiegłem na raz jak dotąd najdłuższy kawałek w życiu.

Jang