+34. Real Berlin Marathon
30.09.2007 r.

Berlin Marathon 2007

Moją relację z Maratonu w Berlinie z dnia 30 września 2007 roku chciałabym zacząć od nawiązania do wypowiedzi mojego kolegi Maćka, który tak określił dystans maratonu:

20 km biegniesz nogami, 10 km sercem o ostatnie 10 km głową

Może dlatego tak bardzo podobał mi się maraton w Berlinie, bo biegłam cały czas w tłumie i nie musiałam walczyć ze sobą tak jak to działo się rok wcześniej w Warszawie, gdzie ostatnie kilometry pokonywałam sama.

Ale zaczynając po kolei nasza ekipa w składzie: Misiek, Słonik z Gymnasionu, ja i mój tata wyruszyła w piątek 28 września z W-wy. Udało nam się dotrzeć późnym wieczorem do naszej kwatery poleconej przez tatę Gazelki. Udało nam się to jest odpowiednie słowo, bo tuż przed granicą zorientowałam się, że nie mam dowodu rejestracyjnego, który dzień wcześniej zabrał mi mąż. Na szczęście na drugi dzień dojeżdżała do nas z Poznania Ania emce, która przyjęła przesyłkę z W-wy od mojego męża, w której był dowód rejestracyjny.

Z Anią emce spotkaliśmy się zresztą na targach dnia następnego kiedy już odebraliśmy numery startowe. Sobotni dzień przed maratonem nie nastrajał nas optymistycznie - od rana deszcz, w którym przebiegliśmy bieg śniadaniowy, aż do godzin popołudniowych, kiedy to startowali rolkarze.



W niedzielny poranek wstaliśmy o 6 rano i metrem udaliśmy na start.



Było chłodno bez deszczu - pogoda na życiówki - jak powiedziała Ania emce. Rozdzieliśmy się przy wejściu do różnych sektorów - mi udało się wejść z Anią emce do sektora F ( poprzednio ze względu na mój czas byłam w sektorze H ) Było to jedno z najlepszych posunięć z mojej strony ,gdyż zaczęłam od razu biec z lepszymi zawodnikami, którzy nadawali mi tempo. Dopiero na 7 km minął mnie Misiek krzycząc, że biegnę trochę za szybko. Lekko zwolniłam - mój średni czas pokonywania 5 km wynosił około 28 minut - biegłam bardzo równo. Zresztą obawiałam się przyspieszyć ze względu na chorą nogę z zapaleniem ścięgna.

Kilometry mijały szybko, biegłam słysząc oklaski około 1 miliona kibiców (informacja z dodatku Sport Gazety Wyborczej) i nucąc sobie muzykę usłyszaną przez kolejną grającą kapelę. Miałam również czas podziwiać zabytki, które rozpoznawałam po obejrzeniu kasety DVD z zabytkami Berlina , dostarczonej mi przez Anię emce.

Właściwie biegłam sama, chociaż jak przeczytałam na koszulce biegacza ( you will never run alone ), gdyż cały czas poruszał się ze mną tłum. Od 29 kilometra dołączył do mnie poznany przed startem biegacz Michał ze Szczecina, z którym biegłam aż do 33 kilometra. Zgubiliśmy się na postoju napojowym, a szkoda, bo razem raźniej. Przed finiszem część biegaczy zaczęła już iść, więc dodatkowo trzeba było ich wymijać. Ostatecznie przekroczyłam Bramę Brandenburską w bardzo dobrym czasie 4: 07: 06 , poprawiając tym samym mój poprzedni wynik z W-wy o prawie 30 minut.



Wyniki całej naszej ekipy były następujące:

Słonik : 02: 56:35
Misiek: 03:29:26
Ania: 03: 52:19

Po finiszu spotkaliśmy się o 14 00 z Miśkiem i Słonikiem w punkcie oznaczonym literą Z. Tam też od razu odebrałam dyplom ze swoimi wynikami. Potem nabyliśmy kurtki od obsługi i udaliśmy się na zasłużony odpoczynek. Wieczorem pojechaliśmy na party, gdzie część przybyłych miała jeszcze siłę tańczyć w rytm bardzo dobrej muzyki oraz podziwiać zwycięzcę z Etiopii Haile , który ustanowił rekord świata z czasem 2: 04: 26. Pokonując swojego kolegę Kenijczyka zgarnął drobną sumkę 350 tys euro.



My natomiast kupiliśmy sobie poranną gazetę już do nabycia o 23 00 po maratonie z naszymi nazwiskami i wynikami. Zadowoleni i przepełnieni wrażeniami z dnia maratonu wróciliśmy na naszą urokliwą ulicę Kaiserdamm a dnia następnego udaliśmy się do Warszawy.

Maraton w Berlinie pozostanie długo w mojej pamięci ze względu na wynik, który osiągnęłam pomimo chorej nogi oraz z uwagi na super organizację i obsługę 49 tysięcy uczestników. Teraz marzą mi się inne maratony z wielkiej piątki. Maraton w Berlinie pokazał, że marzenia się spełniają ,więc może już niedługo pobiegnę w Nowym Jorku czy Londynie...

Dżastin