+Maraton Barcelona |
02.03.2008 r. |
Barcelona - co za radość
W Polsce jeszcze zima, choć wyjątkowo łagodna, ale mimo to ziemia zmrożona i twarda, trudno się biega po takiej nawierzchni, trudno się zmusić, żeby w zimy poranek czy wieczór wyjść na mróz czy deszcz, żeby pobiegać. Tymczasem na drugim końcu Europy już wiosna w pełni, a kilkudziesięciu biegaczy z Polski właśnie tam rozpoczyna sezon maratoński 2008. Barcelona, duma Hiszpanii, serce Katalonii, jeden z pierwszych w sezonie atestowanych maratonów w Europie. Większość z nas decydowała się na udział w nim i zapisywała tuż po jesiennych startach, na fali osiągnięć z Warszawy czy Berlina.
Do Barcelony przylatujemy na raty - niektórzy już w poniedziałek, inni - w sobotę tuż przed startem. Ci ostatni tracą kilka niezapomnianych wrażeń. W piątek rano stan przygotowań jeszcze budzi pewne obawy, jeszcze nic nie zapowiada wielkiego sportowego święta. Im później, tym na ulicach więcej biegaczy, więcej czarnych worków z pakietami startowymi. A w sobotę rano dla niecierpliwych przedsmak zmagań - bieg śniadaniowy. Cztery kilometry podbiegu na Montjuic. Tak wyglądały ostatnie cztery kilometry maratonu olimpijskiego 1992 r. Prawie nieustanne wspinanie się pod górkę. I nagroda - runda po bieżni stadionu olimpijskiego. Sprawdzamy, czy na pewno jutrzejsza trasa omija wzgórze. Na szczęście tak. Po biegu pakujemy się z Dżastin przed kamery hiszpańskiej telewizji, która nagrywa krótkie wypowiedzi cudzoziemców uczestniczących w maratonie. Krótko mówimy o naszym zachwycie miastem i planach na bieg.
Tymczasem organizacja przestaje budzić obawy. Po biegu śniadaniowym odbieramy pakiety startowe - bez żadnej kolejki bez przestoju, mimo że zarejestrowanych jest ok. dziewięciu tysięcy uczestników. Po południu wracamy na Pasta Party. Kolejka do makaronu wije się z boku wystawy Maraton Expo, ale posuwa niecałkiem sprawnie. Po pół godzinie stania i my nabieramy pełne talerze makaronu i w towarzystwie warszawsko-krakowskim nakręcamy się pozytywnie przed startem. I wracamy po dokładki.

Sobotnia sielanka jest jak morze przed burzą, pełna napięcia. Potem niespokojna noc przed. I wreszcie rano - na start. Jeszcze nie do końca było widno, Katalończycy i turyści dopiero kończyli sobotnie imprezy. A maratończycy już zaczynali niedzielę. Na miejscu startu ludzi przybywało i przybywało, ciągnęli się nieprzerwanym strumieniem.
Strefy dla poszczególnych grup były jasno oznaczone. Czerwona - dla ścigaczy poniżej 3 godzin. Niebieska - dla tych z ambicjami na ścigaczy. Żółta dla realistów (do 4:00) i zielona - dla hobbystów. Do każdej strefy osobne wejście, porządkowi pilnują, żeby kolor kreski na numerze zgadzał się z kolorem strefy. Żadnego ściemniania, kontrola jest dokładna. Wchodzimy większą grupą do żółtej strefy. Pacemakerzy dla poszczególnych czasów trzymają baloniki z wielkimi cyframi, wielkie cyfry mają również na koszulkach. Nie sposób ich nie zauważyć.
Tuż przed startem wszyscy się odwracamy, bo za naszymi plecami zaczyna się widowisko. Fontanna na wzgórzu wieńczącym ulicę wypuszcza z siebie kaskady wody, wzdłuż ulicy wybuchają małe fontanny. Z głośników wybrzmiewa Barcelona - monumentalny duet Montserrat Caballé i Freddiego Mercury'ego. Start. Pierwsze kilometry mijają niepostrzeżenie, chociaż wyraźnie biegniemy pod górkę. Na trzecim kilometrze podbiegamy pod Camp Nou, zostawiając z boku ten stadion gigant mieszczący prawie 100 tys. ludzi.
Na piątym kilometrze pierwszy punkt odżywczy - woda. Podawana w małych buteleczkach, można ze sobą zabrać. W połowie ósmego kilometra gąbki - biorę, przecieram twarz i ramiona, chociaż jeszcze jest w miarę chłodno, biegniemy zacienionymi uliczkami. Gdzieś po drodze termometr pokazuje 18 stopni. A to dopiero ranek. Na 10. kilometrze, przy Plaza de Espada, maratończyków dopinguje tłum kibiców. Kolejny punkt żywieniowy - tym razem oprócz wody jest także powerade.
Dalej biegniemy długą prostą na Gran Via, skręcamy w Passeig de Gracia. Tu znowu jest wyraźnie pod górkę. Na 15. kilometrze znowu woda i powerade. Mimo kilku tysięcy biegaczy, na punktach nie ma tłoku ani zatorów, wolontariusze znakomicie panują nad podawaniem napojów czy gąbek.
Tymczasem hiszpańskie słońce już operuje pełną wiosenną siłą. Małe buteleczki z wodą znakomicie się nadają do polewania głowy.
Mijamy piękny budynek Szpitala Sant Pau, za nim zbiegamy w stronę Sagrada Familia, gdzie wzdłuż ulicy otwierają się kramy z wszelkim dobrem. Kawałek dalej w pełnym słońcu wbiegamy na Pont de Calatrava. Teraz kierujemy się w stronę Torre Agbar - dziwnej szklanej budowli o obłym kształcie górującej w tej części miasta. Jednak otoczenie rozczarowuje, to raczej dzielnica przemysłowa. Obiegamy Agbara, żeby za chwilę wbiec na pierwszą sporą agrafkę.
Na 25. kilometrze wreszcie oprócz wody i powerade'a są wreszcie i banany. Są też pomarańcze, rodzynki i orzeszki. Chylę czoła przed organizatorami, faktycznie, wcześniejsze wystawienie jedzenia nie miałoby sensu. Na kolejnych punktach bananów, pomarańczy i rodzynek nie brakuje.
Tuż przed 30. kilometrem wybiegamy na promenadę wzdłuż plaży. Jest już chyba po 11, pełne słońce, ani skrawka cienia. Wiatr przynosi mdlące zapachy od jakiejś smażalni. Wracamy do miasta. 35. kilometr wypada przed Łukiem Triumfalnym. Potem długa prosta pod górkę do Plaza Catalunya, potem w dół. Wzdłuż trasy tłumy kibiców. Venga! Venga! Venga! Activite! - krzyczą. Zmuszają do biegu.
Czterdziesty kilometr jest znowu pod górkę. Czterdziesty pierwszy - z górki. Z daleka widać wieże przy Plaza Espana - a za nimi meta. Kibice gęsto stoją przy trasie, dopingują. Jeszcze łuk na Plaza Espana i ostatnia prosta do mety. Lekko pod górkę. Meta. Zaraz za metą na małych stołeczkach siedzą wolontariusze od zdejmowania chipów. Wystarczy podejść, oprzeć nogę na specjalnej podpórce, a wolontariusz odwiązuje buta, odpina chipa i zawiązuje buta. Potem już można iśc po medal, owoce i picie. Nieco dalej jest szatnia i punkt fizjoterapii - kolejki do masażystów stoją, ale posuwają się naprzód dość sprawnie. Autobusy odwożą chętnych pod prysznice. Większość wybiera prysznic naturalny i kładzie się na trawniku przy fontannie.
Za nami trudna trasa. Trudna, ale piękna. W górach i nad morzem. Bieg kończy 7606 osób, w tym 70 Polaków. Piękne i wczesne rozpoczęcie sezonu. Dzięki temu nawet ci, którzy oszczędzają siły, mają szanse pobiec drugi maraton w sezonie. Inni mają okazję podbudować motywację do biegania nadszarpniętą zmaganiami z polską zimą.
Anna Pawłowska-Pojawa (Beauty&Beast)
------------------------------------------------------------------------------
2 marca b.r. miałam okazję uczestniczyć w maratonie w Barcelonie. Wybór miasta do biegania nastąpił przy udziale mojej klubowej koleżanki Beuaty& Beast, która to wcześniej dokonała zapisu. Tak więc już w październiku znalazłam się na liście startujących. Byłam świeżo po maratonie w Berlinie z września ubiegłego roku przepełniona entuzjazmem z osiągnięcia życiowego wyniku 4: 07.
Nie przewidziałam, że moje problemy z zapaleniem mięśnia piszczelowego nie skończą się do czasu nowego maratonu. Niestety dane mi było ograniczyć moje maratońskie przygotowania do 3 tygodni. Po długotrwałej rehabilitacji zaczęłam ten rok od startu 20 stycznia w Biegu Chomiczówki na 5 km , potem regularnie Zimnar na 6 km, Grand Prix W-wy na 10 km i parę wybiegań na 10 km.
Mimo, że nie czułam się na siłach startować w maratonie już w marcu, postanowiłam go ukończyć. W Barcelonie znalazłam się już wieczorem w środę 27 lutego. Następny dzień zaczełam od spotkania ze znajomym katalończykiem Joachimem, który oprowadził mnie po parku Guel z przepięknymi budowlami Gaudiego oraz odbyliśmy spacer po długiej ulicy Passeig de Gracia biegnącą w dół a jak się potem okazała na trasie maratonu biegnącą w górę.
Od soboty było mi raźniej wraz z przybyłą koleżanką Beaty & Beast. Rano w sobotę udałyśmy się na 4 km bieg śniadaniowy, który wiódł od terenów targowych na wzgórze Montjuic aż po stadion olimpijski.
Spotkałyśmy sporo maratończyków z Polski ze Szczecina i Krakowa i wraz z nimi i flagą biało czerwoną wbiegłyśmy na stadion. Organizatorzy witali przybyszy z Polski, a nam z Beaty udało się jeszcze udzielić wywiadu hiszpańskiej telewizji i zrobić sobie zdjęcia z Kenijczykami typowanymi na zwycięzców. Potem już tylko odbiór numerów i krótka wizyta przed Sagradą Familia.
W niedzielę o 7:30 zjawiłyśmy się pod dwoma wieżami na Placa de Espanya skąd rozpoczynał się bieg. Widok tryskających wodą fontan przed Pałacem na wzgórzu Montjuic i przepełnione sektory ponad 9 tysiącami uczestników podnosiły prestiż imprezy. Ruszyłyśmy z Pacemarkerem na 4 h. Równo biegłyśmy obok Camp Nou na 5 km potem nasze drogi z Beaty rozeszły się wśród tysiąca maratończyków. Przed 15 km na wspomnianej ulicy Passeig de Gracia dopadł mnie już pierwszy kryzys tym razem droga szła pod górę. Było bardzo ciepło ponad 20 stopni. Nauczyłam się brać butelkę wody między odcinkami 5 km ,bo brakowało mi jej ze względu na wysoką temperaturę. Udało mi się jednak przezwyciężyć słabość i po przebiegnięciu trudnego odcinka przepełniona widokiem pięknego budynku Sagrada Familia dotarłam przez most do 20 km. Tam nadal podtrzymywana na duchu przez towarzyszących Hiszpanów, których rozmowy pozwalały mi przetrwać trudne odcinki. Dodatkowo do biegu zachęcali kibicie stojący przy ulicach krzyczący do uczestników maratonu po imieniu, gdyż dostaliśmy na koszulce oprócz numeru startowego plakietkę z własnym imieniem.
Dalsza trasa biegu wiodła brzegami morza , ulicami sławnej La Rambi oraz naszej skromnej uliczki Ferran, na której mieszkałyśmy podczas pobytu.
Ostatecznie na metę przybyłam z czasem 4; 27 mijacąc na ostatnich 2 km ponad 50 uczestników maratonu,których liczałam po drodze dodając sobie otuchy.
Bieg bardzo mi się podobał ze względu na piękną trasę , sprawną organizacje dużo wyżywienia i bardzo miłą atmosferę. Polecam go wszystkim, był to dla mnie prawdziwy maraton - walki ze sobą i ze swoją słabością bez należytego przygotowania.
Dżastin